Blog > Komentarze do wpisu

Zrobiłam zdjęcie Cecilii Bartoli

Dzisiaj będzie o największym pozerstwie mojego życia. O - wybaczcie mi, Davidzie Tennancie, Catherine Tate i panowie z Radiohead - największej, w sensie sławy i pozycji w swojej dziedzinie, gwieździe, jaką na żywo widziałam, i o najbardziej chyba snobsko-snobistycznej rzeczy, jaką w życiu zrobiłam.

 

EDIT: jakby ktoś chciał poczytać bardziej konkretnie o operze, to Drakaina założyła sobie operowego bloga.

 

Giulio Cesare, Salzburg 2012

 

Serio. Pojechałam do Salzburga na festiwal operowy (OK, idea i zakup biletów w ludzkiej i nadającej się dla pracownika nauki z PL cenie - bo były i takie za 400 euro - były Drakainy) i obejrzałam ten spektakl Giulio Cesare in Egitto Haendla. Z dokładnie taką obsadą, jak na załączonych obrazkach. 

I to by było tak: jak już kiedyś pisałam na tym blogu, w pisaniu o poezji jestem amatorką. O operze w ogóle mam problem pisać, bo tak naprawdę znam się na niej bardzo średnio, jestem klasycznym przykładem amatora, który lubi (i to wybiórczo), ale któremu pozostaje oceniać swoje wrażenia, i to głównie te estetyczno-emocjonalne. Niech nikt się po mnie nie spodziewa fachowych uwag: od tego są blogi ludzi, którzy się znają na rzeczy, ewentualnie Ruch Muzyczny. U mnie można się raczej spodziewać reakcji emocjonalnych i opinii estetycznych, i to o mocno nieprofesjonalnym charakterze. Fachowiec pewnie na część moich zachwytów pokręciłby nosem, ale co tam; niemniej jednak, wolę zapowiedzieć, żeby nikt się nie spodziewał, że wiem, co mówię.

No ale: ad rem. Sześć akapitów o Juliuszu Cezarze w Egipcie. Głównie w superlatywach.

1. Dla porządku: spektakl w reżyserii Moshe Leisera i Patrice'a Cauriera; dyrygował Giovanni Antonini, a śpiewali Andreas Scholl (Cezar), Cecilia Bartoli (Kleopatra), Philippe Jaroussky (Sekstus Pompejusz), Anne Sophie von Otter (Kornelia), Christophe Dumaux (Ptolemeusz), Jochen Kowalski (Nireno).



2. Recenzenci mieli opinie dość różne - mnie, ignorantce, niesamowicie się podobało. To jest muzyka popisowa, efektowna, poruszająca nie tylko emocje (patrz wyżej), ale i rozum, w sensie - angażująca i wymagająca tego, żeby coś o niej i o tradycji jej wykonawstwa wiedzieć. Nie będę się rozpisywać o wykonawcach, bo albo bym zrobiła z siebie pretensjonalną pozerkę, sypiąc ogólnikowymi komplementami, albo zaryzykowała zdradzenie się z własną niewiedzą, usiłując mówić konkretnie. Byłam pod ogromnym wrażeniem, tyle mogę chyba powiedzieć bez ryzykowania któregoś z powyższych, i dawno mnie nic tak nie poruszyło. Dla mnie osobiście najjaśniejszym punktem był duet Sekstusa z matką z finału I aktu - bo to, jak był zaśpiewany, przekroczyło moje pojęcie o tym, ile emocji może być w tej muzyce. 


(ten sam wykonawca, ale inny spektakl)

3. Jak mowa o emocjach i o przeżywaniu: trzeba, ofkorz, zapomnieć o z lekka absurdalnym libretcie, w którym Cezar i Sekstus Pompejusz są najlepszymi przyjaciółmi, historycznie plus minus dziesięcioletni Ptolemeusz XIII okazuje się doświadczonym intrygantem, a wszyscy panowie poza Cezarem kochają się na zabój we wdowie po Pompejuszu (Kornelii matce Sekstusa; w historii mamy, wśród żon Pompejusza, jedną Kornelię i jedną matkę Sekstusa i nie są one tą samą osobą). Chodzi, generalnie, o to, że Cezar kocha Kleopatrę, która udaje służącą Lidię, Kleopatra kocha Cezara, choć początkowo rozkochuje go w sobie dla celów politycznych, Sekstus Pompejusz jest Hamletem, z Kornelią w roli jednocześnie Ducha starego Hamleta i obiektu uczuć wszystkich facetów na scenie, a Ptolemeusz (dość nieudolnie) knuje. Na końcu Ptolemeusza zabija Sekstus Pompejusz, Kornelia ogłasza z tej okazji koniec żałoby, Cezar i Kleopatra uznają się wzajemnie i wielce kurtuazyjnie za władców, po czym następuje ogólny happy end. I teraz - tej jaskrawo bzdurnej momentami fabule towarzyszy niezwykle piękna muzyka - i reżyser jakoś musi sobie z fabularnymi pułapkami poradzić.   




(finałowy duet, jw. z innego spektaklu) 

4. Spektaklowi - ww sensie realizacji i koncepcji - oberwało się w komentarzach na youtubie i od niektórych recenzentów dość ostro; niemniej, jak nie przepadam za awangardą w teatrze, tak tu nie mam uwag. Po prostu sama fabuła i charaktery postaci są często w barokowej operze dość, powiedzmy sobie szczerze, absurdalne i melodramatyczne; bywa pod tym względem znacznie, znacznie gorzej, niż w Juliuszu Cezarze w Egipcie, patrz np. Tolomeo tegoż Haendla do libretta Hayma (spod jego pióra wyszedł także i Giulio Cesare), ale i tutaj potraktowanie całkiem serio tej fabuły jest dziś z lekka niemożliwe. Od rekonstrukcji w stylu swords and sandals ja już chyba wolę, jak tutaj, Cezara-eurokratę w niebieskim garniturku, hipstera Ptolemeusza (i jego pornogazetkę) i Kleopatrę jako ciotunię w nocnej koszulce, ścielącą łóżko. Generalnie mam wrażenie, że - pomijając epizody stricte komiczne, z których część, jak krokodyla, bym wyrzuciła, bo wydawały mi się przegięte - reżyserski duet miał dość konsekwentny pomysł na to, jak sobie z tekstem poradzić: pałac Kleopatry i Ptolemeusza wygląda jak świeżo zdobyty przez jakieś interwencyjne siły ONZ. Cezar przegląda gazety i z zadowoleniem komentuje informacje na swój temat (dobry sztab PR, ani chybi), Kleopatra i jej brat wydają się przedstawicielami lokalnej elity przekonanymi, że kto rządzi pałacem, rządzi Egiptem, a Sekstus, za namową Nirena (który w ogóle w tym spektaklu jest Nireną, skądinąd), postanawia zabić Ptolemeusza (i sam przy tym zginąć) jako zamachowiec-samobójca; tenże Sekstus kończy zresztą w sumie jako ofiara poważnego przypadku PTSD (co, skądinąd, Philippe Jaroussky zagrał, pomijając w tym miejscu to, jak obłędnie śpiewał, niezwykle kompetentnie, jak chodzi o aktorstwo). Wszystko rozgrywa się między arystokratami i ich zaufanymi zausznikami, problemy władzy sprowadzają się do romansowych intryg i tego, kto kogo kocha/nie kocha/pożąda, a w samym finale, kiedy towarzystwo wzajemnie sobie gratuluje i poklepuje się (metaforycznie) po plecach, następni żołnierze rozmontowują scenę i - przy kompletnym désintéressement Kleopatry, Cezara et consortium - rozbijają sceniczną iluzję i rozkładają im na czynniki pierwsze kraj. Mnie się generalnie podobało, choć zgadzam się, że były sceny - jak z Kleopatrą i krokodylem - przegięte i przesadzone. Spektakl będzie na DVD, ale jakby kto się nie mógł doczekać, youtube pozwala wyrobić sobie własne zdanie. Ja w każdym razie DVD kupię sobie na pewno.

5. I nic nie poradzę, rozbroiła mnie Kleopatra nad sceną na bombie w fryzurze a la River Song i na tle rokokowo błękitnego nieba.

6. A poza tym, po spektaklu poszłyśmy z Drakainą pod drzwi dla obsady i tam właśnie zrobiłam zdjęcie Cecilii Bartoli, która cierpliwie i z uśmiechem podpisywała każdemu, kto chciał, programy i zdjęcia. Jakbym miała czytnik do kart, to bym to zdjęcie wrzuciła, ale niestety, na razie nic z tego.  

sobota, 01 września 2012, ninedin
Tagi: opera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: