Blog > Komentarze do wpisu

Ręce za lud walczące

Koriolan (Coriolanus), reż. R. Fiennes, wyst. Ralph Fiennes (Koriolan), Vanessa Redgrave (Wolumnia, matka Koriolana), Gerald Butler (Aufidiusz, wódz Wolsków), Jessica Chastain (Wirgilia, żona Koriolana), James Nesbitt (Sycyniusz, trybun ludowy), Brian Cox (senator Meneniusz), 2011. I jakąś klątwę bóstwa przekładów poproszę na polskiego wydawcę - za użycie nieznośnie archaicznego tłumaczenia Paszkowskiego w jedynych dostępnych napisach.

 

źródło: ibnlive.in.com

 

Wedle jednej z teorii prawdziwego fana poznaje się po tym, że zapytany o swój ulubiony aspekt obiektu fanowania, wymienia nie oczywistości (bo te są, cóż... oczywiste), ale coś mniej znanego i z punktu widzenia przeciętnego odbiorcy raczej średnio znaczącego: Bobę Fetta w starych Star Warsach, czarny charakter pojedynczego odcinka (patrz: Gary Mitchell) w Star Treku, epizod, który większości widzów serialu nie zachwyca. Jeżeli to stwierdzenie jest prawdziwe, robi mnie to ze mnie fankę Williama Szekspira: Koriolan to jedna z moich zdecydowanie ukochanych sztuk, a, powiedzmy sobie, w szekspirowskim kanonie ma on raczej drugo-, jeśli nie trzeciorzędne znaczenie, zwłaszcza z polskiego punktu widzenia. Owszem, T.S. Eliot uważał tę sztukę za arcydzieło, owszem, rolę Koriolana grywali najwięksi (od Laurence'a Oliviera przez Richardas Burtona po Morgana Freemana i Iana McKellena, a Drakaina pewnie kazałaby mi tu dorzucić Toby'ego Stephensa), ale nie wystawia się jej wcale nie aż tak często, a adaptacje filmowe lub spektakle na DVD są raptem dwa: BBC z 1984 roku, z Alanem Howardem i ta wersja zeszłoroczna - debiut reżyserski Ralpha Fiennesa z nim samym w roli tytułowej. 

Moja fascynacja tą sztuką zaczęła się, w tym przypadku (wbrew pozorom) nietypowo, od filologii klasycznej, którą studiowałam. Fil.klas. robi człowiekowi różne rzeczy, dobre i złe, ale do czytania rzeczy innych, niż grecko-rzymskie, zachęca, a przynajmniej w moich czasach zachęcała, raczej średnio: po prostu - nie oszukujmy się - raczej nie zostawało nam na nie czasu. No ale, seminarium mieliśmy na IV roku o mitach rzymskich, mnie się dostał z przydziału Koriolan; głównym źródłem okazał się, dość przewidywalnie, Żywot Koriolana Plutarcha, skądinąd - dzięki angielskiemu przekładowi Thomasa Northa - także główne źródło tragedii Szekspira. Plutarch mi się wtedy pierwszy raz naprawdę spodobał - kto przeczytał opis mamusi Koriolana, doceni choćby psychologiczną precyzję, z jaką grecki autor charakteryzuje jej relacje z synem - a jako istota z natury ciekawska ja z kolei postanowiłam przeczytać, jak bohatera mojej pracy rocznej potraktował Szekspir, i tak się zaczęło.   

Filmowa, uwspółcześniona adaptacja Fiennesa zdecydowanie odpowiada moim gustom, bo wydobywa na plan pierwszy to, co mnie w tej sztuce wydawało się szczególnie fascynujące: historię człowieka, który ma zadatki na wielkość, ale pycha i pogarda dla innych (=słabszych) z jednej, a to, że w głębi serca ciągle jest małym, posłusznym synkiem swojej matki z drugiej strony, skutecznie mu osiągnięcie tej wielkości uniemożliwiają. To nie jest łatwa sztuka do interpretacji, zwłaszcza dzisiaj: bardzo przecież łatwo byłoby z Koriolana zrobić ofiarę rozpasanej demoochlokracji, herosa, którego głupi, niewdzięczny i podburzony przez zawodowych politykierów lud niesłusznie odtrąca, powodując w końcu, że bohater, zaślepiony wściekłością na niesprawiedliwość, staje się zdrajcą. Tyle że chyba nie do końca tak autor go napisał: Koriolan nie jest wyłącznie sprawiedliwym, co się nie umie podlizać ludowi, ani herosem bez skazy, któremu ręce za lud walczące sam lud niesłusznie i okrutnie poobcina. I nie, nie do końca jest też, zwłaszcza w tej wersji, tak, że to Koriolan i Aufidiusz są głównymi przeciwnikami. Gdybym to ja robiła ten plakat powyżej, byłaby na nim, zamiast Geralda Butlera, Vanessa Redgrave.   

W swojej pierwszej połowie Koriolan Fiennesa jest o człowieku, który się kulom nie kłania i niczego, niczego się nie boi - może poza pełnym dezaprobaty spojrzeniem matki. Koriolan, zalany krwią, wrzaskiem usiłujący jeszcze zerwać do walki martwych i umierających żołnierzy ze swojego oddziału, i Wolumnia, sama w mundurze, wystylizowana na żołnierza (może zresztą w tej uwspółcześnionej wersji Wolumnia po prostu jest emerytowanym oficerem?), podczas ceremonii dekoracji jej syna - to są dwa obrazy, które z pierwszej części tego filmu najmocniej zapadły mi w pamięć. Wolumnia jest tu chyba kluczem - tak u Plutarcha, jak w sztuce Szekspira i w adaptacji Fiennesa. Dumna, żądna władzy, syna kocha i idealizuje, bo - mam wrażenie - przez niego realizuje siebie; kiedy on jest wodzem, triumfatorem, konsulem, to prawie tak, jakby ona nim była. I, nie oszukujmy się, w tej rodzinie to ona rządzi: wystarczy popatrzeć na to, jak traktuje syna, kiedy ten decyduje się nie schlebiać ludowi, nie złagodzić nastrojów, tylko oddać władzę i iść na wygnanie, czyli postąpić wbrew jej radom. Redgrave gra Wolumnię jako na pozór idealną, siwowłosą matronę z klasą, która co jakiś czas pokazuje żelazną pięść, ukrytą w aksamitnej rękawiczce: jej sposobem na życie w zdominowanym przez mężczyzn i wojnę świecie polityki jest zachowywać się jak mężczyźni, tylko bardziej (ona fetyszyzuje wojnę chyba w jeszcze większym stopniu, niż Koriolan, ekscytuje się jego ranami i wylicza je, z dumą, senatorom) i za pośrednictwem wpływu, jaki na syna wywiera, realizować własne ambicje. Nie znosi sprzeciwu - w końcu, wyklinając trybuna, wydaje rozkazy nawet bogom (I would the gods had nothing else to do but to confirm my curses?). Jej triumfem jest scena podpisania układu, który jest jednocześnie wyrokiem śmierci na jej syna, z czego ona na pewno zdaje sobie sprawę - kiedy to Wolumnia, oficjalnie w mundurze, salutuje i odbiera gratulacje jako ta, która ocaliła ojczyznę. Fiennes w swojej interpretacji postaci Koriolana w tej części filmu pokazuje zresztą wyraźnie, jak ważna jest rola matki w jego życiu. A między nimi, traktowana z pobłażliwością i lekkim zniecierpliwieniem przez teściową, tkwi Wirgilia - ta, która jako jedyna z rodziny na ceremonię dekoracji bohatera nie ubiera munduru, która ranami męża się martwi, a nie szczyci, jedyna, wybaczcie, po ludzku normalna dorosła osoba w tym domu. Stosunek Wolumnii do syna i władzę, jaką ma nad nim, widać też - przede wszystkim - w scenie ich finałowej konfrontacji, kiedy to matka, grając na emocjach syna, zmienia jego decyzję, ratując Rzym, ale jego samego skazując na śmierć. Ona tu rządzi, od początku do końca: i żona, i syn, i towarzysze broni Koriolana to tylko tło i jest oczywiste, że on, który nigdy się jej nie przeciwstawił, nie zrobi tego i teraz.

Ralph Fiennes ma tu na Koriolana świetny pomysł, bo od początku pokazuje, że jego bohater jest niedoskonały. Jego Koriolan jest żołnierzem: jako taki, jest idealny, ale do polityki się nie nadaje - nie przestrzega konwencji (wychodzi, wbrew protestom, z senatu podczas odczytywania swoich zasług), jest fatalnym mówcą (genialnie zagrana scena z Koriolanem nieporadnie i kompletnie bez przekonania powtarzającym ludowi to dla waszych głosów odniosłem te rany), a swoją pychą i pogardą dla wszystkich choć trochę od niego słabszych i mniej heroicznych budzi zrozumiałą niechęć ludu, podsycaną, oczywiście, przez trybunów ludowych (wśród których wyróżnia się znakomity w roli gładkiego, knującego intryganta James Nesbitt). I tak, lud jest podatny na manipulację, a  jego przedstawiciele - mało sympatyczni, tak ich dramaturg napisał - ale Fiennes-reżyser bynajmniej nie mówi nam, że to uzasadnia i usprawiedliwia sposób, w jaki Koriolan o nich myśli i mówi. A Koriolan robi to po trochu dlatego, że go wścieka, że on, bohater, ma się tłumaczyć jakimś tam prostakom (to jego I banish you!, kiedy już nie wytrzymuje ze złości), a po trochu dlatego, że bardzo, bardzo nie umie politykować i nie bardzo jest się w stanie podporządkować regułom gry: on zna głównie wojsko i wojskowe, nie cywilne, nie polityczne sposoby załatwiania spraw; tak go mama wychowała; to samo podkreśla także Meneniusz w centralnej scenie debaty telewizyjnej, kiedy decyduje się sprawa konsulatu i wygnania Koriolana. A kiedy Koriolan mówi "Nie przeproszę", buntuje się zarówno przeciw polityce, której reguł nie akceptuje, jak i przeciw matce i jej zasadom, jej radom. I wtedy, wtedy pozostaje mu tylko zwrócić się do najgorszego wroga.

Aufidiusz Geralda Butlera jest tu terrorystą, wodzem rebeliantów, który strzela jeńcom wojennym w głowę i wysyła nagranie z tą sceną przeciwnikom - dokładnie tak, jak Koriolan jest dowódcą oddziału komandosów. Trudno powiedzieć, czy ofiarowuje Koriolanowi szczerą przyjaźń w miejsce nienawiści, kiedy oddaje mu połowę władzy, ale wydaje się, że jakoś podziwia swojego przeciwnika i że decyduje się na połączenie sił nie tylko z czysto pragmatycznych względów. Tyle że to się zmienia: duma Koriolana i fakt, że decyzja o przejściu na stronę Wolsków była motywowana, tak naprawdę, osobistą urazą i zranioną dumą, w oczywisty sposób oddalają od siebie z powrotem byłych wrogów-sprzymierzeńców. Fiennes-reżyser decyduje się tu na dłuższą sekwencję, w której samego Koriolana nie widzimy na ekranie: jak bóg wojny, jak istota z mitu, bez imienia i tytułów, nieludzkie wcielenie zemsty i gniewu z olśniewającego w tej scenie opisu:

He would not answer to: forbad all names;
He was a kind of nothing, titleless,
Till he had forged himself a name o' the fire
Of burning Rome. (...)
I tell you, he does sit in gold, his eye
Red as 'twould burn Rome; and his injury
The gaoler to his pity.

Kiedy Meneniusz wraca z nieudanego poselstwa do dawnego przyjaciela, mówi przecież niemal to samo:

This Coriolanus is grown from man to dragon: he has wings; he's more than a creeping thing. The tartness of his face sours ripe grapes: when he walks, he moves like an engine, and the ground shrinks before his treading: he is able to pierce a corslet with his eye; talks like a knell, and his hum is a battery. He sits in his state, as a thing made for Alexander. What he bids be done is finished with his bidding. He wants nothing of a god but eternity and a heaven to throne in.

Ten dialog, skądinąd, jest przeniesiony w to miejsce z nieco późniejszej sceny, ale pasuje tu znakomicie. Bardzo duże cięcia, których tu dokonali w tekście interpretatorzy, w tym - usunięcie części postaci i wyraźne skrócenie dialogów, były chyba dobrym pomysłem: podkreślają z jednej strony samotność bohatera, z drugiej, mimo całej thrillerowej stylizacji, kameralność tego, co się dzieje. Tu nie chodzi przecież o politykę, o Wolsków czy o Rzym: wszystko, co się tu dzieje - wojny, intrygi, śmierć i zdrada - dzieje się z powodu urażonej dumy, synowskiego nieposłuszeństwa, zawiedzionej przyjaźni, niespełnionych ambicji. To jest znakomicie sfilmowany film o wojnie, ale historia, tak naprawdę, jest nie tyle o jej mechanizmach, co o ludziach i nie tyle o tym, co wojna robi z ludźmi, co o tym, z jak prywatnych powodów ludzie robią wojnę. I nieprzypadkowo jedyny naprawdę w tym wszystkim sprawiedliwy polityk, Meneniusz, ten, który usiłuje jakoś łagodzić sprawy, w tej wersji popełnia samobójstwo. 

sobota, 15 grudnia 2012, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: