Blog > Komentarze do wpisu

A la volonte du peuple, czyli wesele poety

Zygmunt Krasiński, Nie-boska komedia, w celu napisania niniejszego eseiku przeczytana przeze mnie ponownie w Wolnych Lekturach.

 

 

Że lubię romantyków, większość moich znajomych wie. Że mnie szeroko pojęte okolice tej epoki  - końcówka wieku XVIII i wiek XIX głównie do lat 40., no ale przecież i potem też - fascynują od dawna, to wiedzą chyba nawet moi nieszczęśni studenci. Keatsa (bardziej) i (nieco mniej) Shelleya lubiłam zawsze; od kiedy przestałam musieć to robić, czytam także i polskich romantyków (Mickiewicz!) ze sporą przyjemnością.

Ale nie Krasińskiego. O, nie, dzisiaj się w tym upewniłam. Nie Krasińskiego.

Disclaimer: mogę sobie romantyków lubić, ale specjalista ze mnie od - zwłaszcza polskiej - poezji żaden, więc, jak już tu zabłądzisz, Zygmunto-Krasińskologu zawodowy, wybacz mi banały, uproszczenia i osobiste opinie zamiast oświeconych sądów.

 


Mój problem z Nie-boską - pierwszy problem - jest taki, że - jest dla mnie niestety kiczowata. Językowo. Na moje wyczucie.
Nie zrozumcie mnie źle. Lubię histeryczny i rozbuchany język. Lubię przesadną stylistykę i barokową afektację, a już kompletnie, kompletnie nie mam problemu z archaicznym, z punktu widzenia współczesnej polszczyzny, i mocno nacechowanym językiem. Ale u Krasińskiego coś mi jako szeregowemu czytelnikowi przeszkadza: może to, że rozbuchanie zbyt rozbuchane, a zderzenia stylistyczne zbyt gwałtowne? No nic nie poradzę, zdanie "Niedawnom jeszcze biegała po ziemi w taką samą porę — teraz gnają mnie czarty i każą świętą udawać" czy "Nie mogę się podnieść — dusza opuściła ciało moje, wstąpiła do głowy" we mnie osobiście budzą raczej chichot niż grozę, że o opisie pt. "z rozpuszczonym włosem, z dyszącą piersią wdziera się na gruzy namiętnymi podrzuty" nie wspomnę. O tym, recytowanym nam w dzieciństwie przez skręcającą się ze śmiechu matkę (którą bawiło, że traktowaliśmy to równie poważnie jak Strasną zabę) kawałku nie umiem nawet pomyśleć bez chichotu:

"Czemu, o dziecię, nie hasasz na kijku, nie bawisz się lalką, much nie mordujesz, nie wbijasz na pal motyli, nie tarzasz się po trawnikach, nie kradniesz łakoci, nie oblewasz łzami wszystkich liter od A do Z?"

 

 

Po drugie - no, przychodzi w końcu ten moment, kiedy w lekturze dociera się do chóru przechrztów i do debaty hrabiego z obywatelem.

No i tu leży mój problem - mój drugi problem - z Nie-boską komedią. Problem, że tak powiem, ideolo.

Bo kiedyś, wiecie, byłam młoda i wierzyłam w sztukę dla sztuki. W to, że ważny jest artyzm i klasa artystyczna, i że się mogę zachwycić pięknym literacko/artystycznie dziełem, za którym stoją idee zupełnie mi obce, ba, wręcz takie, którymi się brzydzę.

I nie powiem, fajnie by było, gdybym mogła, ale jestem już dość stara, żeby się uczciwie przyznać sama przed sobą, że chyba jednak nie. 

I teraz: nie chodzi o to, że chcę, żeby ludzie sprzed lat byli tacy, jak ja. Nie będę nagle oczekiwać od Szekspira zrozumienia szczegółów emancypacji kobiet ani oburzać się, że w literaturze grecko-rzymskiej raczej powszechnie popiera się (wyjątek: cynicy i stoicy) instytucję niewolnictwa. Lubię Poskromienie złośnicy, chętnie oglądam (raczej niż czytam)  Przeminęło z wiatrem, mimo lekko jakby pacyfistycznych poglądów z rozkoszą zagłębiam się przygodowe powieścidła z wojną (dość dowolną) w tle i bohaterem-żołnierzem w roli protagonisty, i niech on strzela do wroga, niesiony poczuciem misji. I nie chcę literatury zaangażowanej - przynajmniej nie jako jedynej.

Ale, cholera, antysemickie bajanie o przechrztach knujących zgubę świata czytam z lekkim zażenowaniem (nie ja jedna, Mickiewicz takoż), a straszny strach przed strasznymi rewolucjonistami, którzy pozabijają królów i szlachciców i zburzą krzyże i zniszczą kościół i unicestwią wszystko, co piękne i dobre, wywołuje we mnie głównie wzruszenie ramion. Może to dlatego, że hrabia Henryk jest takim wstrętnym, nieprzeciętnym, odstręczającym bałwanem i bucem, może to dlatego, że rewolucyjny tłum i jego wodzów odmalował Krasiński tak czarnymi barwami i tak stereotypowo (brud, prymitywizm, orgietki, kult jednostki, Złe Żydy), że bardziej się nie da - jakoś mnie ta wizja upadku cywilizacji mało wzrusza. Sorry, Okopy Świętej Trójcy, płakać po was i waszym wodzu nie będę.

Oczywiście, pokpiwam sobie trochę, a z punktu widzenia czasów, kiedy Krasiński to pisał i warstwy społecznej, do której należał, sprawa wyglądała nieco inaczej - ale, przysięgam, nie zacznę się rozpisywać o rewolucji francuskiej i jej odbiorze, nie zacznę, nie zacznę, przeczytałam o tym dopiero cztery książki, nie znam się, a poza tym jakbym zaczęła, to skończę za trzy strony. Więc może jednak lepiej ja wrócę do hrabiego.  

Ja położyłem siłę moją w Bogu, który Ojcom moim panowanie nadał, mówi hrabia, a ja muszę rozstrzygnąć, co na to autor. Nie-boska nie jest prosta, w tym znaczeniu, że jakkolwiek jedna strona jest jednolicie czarna, druga bynajmniej nie jest biała jak śnieg. To nie jest tak, że Okopów Świętej Trójcy bronią aniołowie, wręcz przeciwnie; to nie jest tak, że hrabia Henryk jest herosem na białym koniu, ideałem bożego wojownika, nieskalanym bohaterem; jego towarzysze w okopach to przecież małostkowi i skłóceni ludzie bez wizji i bez wielkości, wypisz wymaluj jak senatorowie z obozu Pompejusza. Tak jak aż za łatwo jest zobaczyć, co jest nie tak z wrogami tego świata, tak w przypadku jego obrońców nie jest łatwo ocenić ich etyczne stanowisko. Widać jedno: nie ma nadziei na porozumienie. Wojna - ostateczny konflikt grzesznego świata, który upada, i świata jeszcze gorszego, który po nim przyjdzie - jest nieunikniona i tylko Bóg może ją zakończyć. I kończy, chyba, w finałowej scenie tak kompletnie dla mnie (i chyba nie tylko) niejasnej, że może ja sobie odpuszczę próby jej interpretowania i wrócę do czegoś, co rozumiem lepiej.

No i właśnie: żeby oddać sprawiedliwość tam, gdzie jest należna - i to jest trzeci tym razem nie-całkiem-problem z Nie-boską: te króciutkie, szkicowe "realistyczne" scenki małżeńskie na początku, między nadętym, zarozumiałym i niezdecydowanym Henrykiem a stłamszoną i pozbawioną własnego zdania Marią są prawdziwe do bólu i utrafione w punkt - i ewidentnie nie trafione przypadkiem, a jak najbardziej celowe. Maria się skarży, na własnym ślubie, że jest zmęczona, ale Henryk każe jej tańczyć, bo wygląda jak anioł i obserwowanie jej sprawia mu przyjemność. Żona się martwi o zakupy i o ciasto na chrzciny, męża to nudzi; Maria ma pretensje o pojawienie się (ducha) eks-kochanki, Henryk odpowiada podniosłą tyradą o tym, że kobieto, puchu marny. Henryk wstydzi się przyznać żonie lekarza w szpitalu, że to on jest mężem przywiezionej tam szalonej kobiety. Ale najlepsza, genialnie najlepsza, jest ta scena, kiedy Maria trafiła do przytułku dla obłąkanych, a Henryk, wróciwszy do domu, dopiero się o tym dowiedział. Ogarnięty wzniosłymi wyrzutami sumienia, zaczyna z upodobaniem wyobrażać sobie jej niezasłużone cierpienia i męki, jakie musi znosić z dala od niego, och, jakże niewiernego ukochanego; i wtedy nieznany głos spoza świata mówi mu, krótko i bez współczucia, "Dramat układasz".
Oczywiście, że układa. I oczywiście, że w tym poczuciu winy i rozpamiętywaniu nie chodzi o Marię i o jej los. Chodzi o to, tylko o to, że ja, Henryk Poeta, mogę sobie pocierpieć o powyobrażać swoje życie jako serię podniosłych i pełnych smutku scen, a siebie jako upadłego, bajronicznego antyherosa. Poniedziałek: ja. Wtorek: ja. Środa: ja. Och, jak to jest celnie, świetnie uchwycone!


Zaryzykuję bluźnierstwo: może szkoda, że Krasiński zamiast mistycznej opowieści o złej rewolucji nie napisał nam kameralnego dramatu rodzinnego o małżeństwie słabej psychicznie dziewczyny z bezwzględnym narcyzem. Literatura polska chyba by zyskała.

piątek, 11 października 2013, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: