Blog > Komentarze do wpisu

Dzisiaj oglądamy Dziady

Dzisiejszy wpis sponsoruje hasło "Nie znam się, to się wypowiem".

 

http://culture.pl/pl/galeria/dziady-w-rezyserii-w-rezyserii-radoslawa-rychcika-galeria


A nie znam się, cholera, tak naprawdę na teatrze. OK, miałam fazę na marzenia o studiowaniu teatrologii (ale nie studiowałam, uznałam się za zbyt głupią i nie spróbowałam). OK, do teatru chodzić i/lub spektakle zarejestrowane dla TV lub DVD oglądać lubię i zdarza mi się to co prawda nie jakoś szaleńczo często, ale kilka razy w miesiącu (DVD/ TV) lub roku (żywy teatr). Niemniej, marzeń o teatrologii nie zrealizowałam i zawsze, pisząc, powtarzam: piszę tylko o swoich wrażeniach i odczytaniach, nie mam pretensji do bycia profesjonalistką ani do uniwersalnych opinii.

Nie mam tym bardziej, że na dodatek, mając do wyboru teatr reżyserski, oparty na samodzielnym przetworzeniu/kompilacji tekstu, na awangardowym podejściu i szukaniu własnej drogi, i klasyczny, oparty na tekście i aktorsko-reżyserskiej interpretacji teatr bardziej konwencjonalny, wolę ten drugi. No wolę. Nic nie poradzę. To nie tak, że muszę mieć wszystko po bożemu, w kostiumach z epoki powstania dzieła, absolutnie nie; ale też nie będę udawać, że mnie fascynują spektakle Warlikowskiego czy Trelińskiego.  Nie będę się nimi zajmować ani o nich pisać, bo do mnie osobiście nie trafiają i nie czuję się kompetentna, by się o nich wyrażać.    

 

No i teraz tak. Usiadłam ja sobie dzisiaj i obejrzałam 'Dziady' w reżyserii Radosława Rychcika z Teatru Nowego w Poznaniu; a obejrzałam dzięki TV Kultura, która postanowiła nam dzisiaj z okazji Dziadów te 'Dziady' przybliżyć.

No i męczę się z tym spektaklem. Męczę nie dlatego, że w całości do mnie nie trafia - są idee reżysera, które wydają mi się ciekawe i pomysłowe; raczej dlatego, że spektakl wydaje mi się pęknięty, momentami wydumany i nie do końca przekonujący.

Rychcik buduje swoje odczytanie 'Dziadów' na idei, że jest to dramat uniwersalny; że dotyczy czegoś innego, czegoś więcej niż sprawy polskie. Dotyczy, mianowicie, rasizmu i prześladowania Innego (w przerwie telewizyjnego spektaklu reżyser mówił o tym wprost, zresztą widać to bardzo wyraźnie w całym spektaklu, nie trzeba tej myśli wyinterpretowywać z jakichś drobnych szczegółów inscenizacji). 

Bo jasne, te sceny akcentujące anty-niewolniczy, anty-rasistowski charakter sztuki są efektowne, wyraziste. I ta, kiedy łamiącymi się głosami i nie zawsze idealną polszczyzną zmarli słudzy wypominają "Nie miałeś litości, panie", i ta z monologiem Sobolewskiego (bardzo skądinąd dobry Michał Kocurek) i z postaciami dygocących z zimna więźniów-niewolników zrobiły na mnie duże wrażenie, trafiły w coś emocjonalnie; pomysł na zaaranżowanie 'Zemsty na wroga' jako pieśni bluesowej, pieśni udręczonych i prześladowanych, nagich niewolników, też mi się niezwykle podobał.  Ale już dołożenie wielkiej mowy Martina Luthera Kinga było, jak dla mnie, zbędne: stawiało dodatkową, niepotrzebną kropkę nad 'i', dopowiadało natrętnie reżyserskie intencje; zamiast czynić dramat uniwersalnym, narzucało na siłę oczywiste, jedyne odczytanie.  

No i jeszcze tak: jeżeli te 'Dziady' miały być o walce o wolność, wolność od rasizmu i prześladowania na tle rasowym, to ten spektakl ma, jak dla mnie, jedno zasadnicze pęknięcie - czwartą część. Ona jest i musi być osobista, musi być o nieszczęśliwym, obłąkanym zakochaniu; i jest tutaj, oczywiście. Jest wymyślona jako monolog pół-pijanego, pół-przytomnego Gustawa, zarośniętego, półnagiego, z potarganymi włosami; nie mój pomysł na ten tekst (ja bym, mało pomysłowo, zrobiła, w takim popkulturowym kontekście, emo-Gustawa w gotyckich ciuchach, ale ja na szczęście świata nie jestem reżyserem), ale muszę powiedzieć, że Mariusz Zaniewski gra tę rolę efektownie i aktorsko naprawdę przekonuje - tym bardziej,  że przekonał osobę nie do końca akceptującą wymyśloną przez reżysera koncepcją postaci. I prawda, że niektóre jego sceny - jak Kobieto, puchu marny, podane jako pijacki monolog, strumień banałów wylewający się z ust pijanego kolesia w przerwie między kolejnymi atakami rzygania - są na granicy kabotyństwa, ale aktorsko robią wrażenie. Tyle, że mają się nijak do deklarowanego jednego, jednoznacznego odczytania.       

Przeszkadza mi - mnie, fance kina i popkultury! - jeszcze jedna warstwa w tym spektaklu: warstwa nawiązań popkulturowych i filmowych. Przeszkadza, bo możem za głupia, żeby je odczytać, jasne. Ale jako żywo, nie mam wrażenia, żeby Guślarz jako Nolanowski Joker, żeby snujące się po scenie postacie z Hollywoodu realnego (Marylin Monroe) i ekranowego (bliźniaki z Lśnienia i kto tam jeszcze) były czymkolwiek poza efekciarską zabawą. Jeżeli trafnie odczytuję intencje reżysera, miały one podkreślać, że ten tekst dotyczy problemów wspólnych światu, nie tylko polskiej kulturze. Ale jak dla mnie, wyszło kompletnie na odwrót: przez swoje zakorzenienie w popularnej wyobraźni, swoją schematyczność i formularność i wreszcie oczywistość (Marylin i jej podwiana sukienka, really?), te postacie, jeżeli robią tu cokolwiek, to biorą w nawias, obniżają ton, sprowadzają całość do powtarzania kulturowych formuł i toposów.  Uwagi twórców w dyskusji po, z komentarzem, że dramaty romantyczne to taka pierwsza popkultura i prawie jak Tarantino, nie pomogły, niestety.  

 

http://culture.pl/pl/galeria/dziady-w-rezyserii-w-rezyserii-radoslawa-rychcika-galeria


Cały ten spektakl, jak dla mnie, podsumowuje sekwencja scen z senatorem, widzenia księdza Piotra i sceny z panią Rollison. Najpierw kompletnie dla mnie niezrozumiałe slapstickowo-horrorowe opluwanie się kukurydzą przez uczestników balu (a raczej wyżery) u senatora, potem bardzo klasycznie podany (acz przez oplutego fasolką) księdza Piotra monolog. A po nich -  aktorsko znakomicie (znakomicie!) zagrana przez wściekłą - nie złamaną, wściekłą - Rollisonową i tępego biurokratę senatora scena. I zagrana, i przemyślana, bardzo mi się podobała (acz ciekawam, co by powiedziały czytane przeze mnie amerykańskie blogerki-aktywistki na ideę, że w spektaklu o ohydzie niewoli panią Rollison gra biała aktorka w blackface...). No. No i po tym rozczarowujący finał sceny i spektaklu, jak z telewizyjnego filmu ze średniej półki, ze strzelaniną i muzyką z offu jak na napisach, celowo tak wystylizowany ("widownia", złożona z innych postaci dramatu, bije brawa).     

Zastanawiam się jeszcze nad sensownością jednego zabiegu: rezygnacji z powierzenia Zaniewskiemu Wielkiej improwizacji i pokazania zamiast tego sceny z Lawy z recytującym ten tekst Gustawem Holoubkiem (co, oczywiście, odwołuje się jeszcze poziom dalej, do 'Dziadów' Dejmka). Z jednej strony, jasne, hołd dla wielkiej postaci polskiej kultury, być może też podkreślenie - przez to Dejmkowskie skojarzenie - paraleli bycia zniewolonym tej naszej, tradycyjnej i tej, o której ten spektakl mówi. Ale to też trochę wygląda na oddanie pola - Zaniewski nie ma szans się z tym tekstem, trudnym przecież (nic, jeden aktor i jeden dłuuuugi monolog, tylko słowa między odtwórcą a widownią) zmierzyć, nie ma szans sprawdzić się w jednej z kluczowych scen wielkiej roli, którą dostał do zagrania.

Generalnie, za obejrzeniem Jerzego Treli w spektaklu Swinarskiego mi się zatęskniło.  

Zdjęcia Jakuba Wittchena stąd.

piątek, 31 października 2014, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: