sobota, 07 kwietnia 2012

H. D. (Hilda Doolittle), Mysteries

 

VI

 

“The mysteries remain,
I keep the same
cycle of seed-time
and of sun and rain;
Demeter in the grass
I multiply,
renew and bless
Iacchus in the vine;

I hold the law,
I keep the mysteries true,
the first of these
to name the living, dead;
I am red wine and bread.

I keep the law,
I hold the mysteries true,
I am the vine,
the branches, you
and you
.



VI

"Misteria ciągle trwają,
ja pozostaję
w tym samym cyklu:
ziarna i siewu
słońca i deszczu;

Demeter mnożę w trawach,
błogosławię, odnawiam
Jakchosa w winnych łozach.

Ja strzegę praw
We mnie misterium tkwi
Ja żywym dam
Umarłych miano; wiedz,
jam wino jest i chleb.

Ja strzegę praw
we mnie misterium tkwi
Jam winny krzew
i pędy, ty
i ty
.”

(przeł. - amatorsko pierwszy raz w życiu tłumacząc poezję - Aleksandra Klęczar)

 

 

H. D. (Hilda Doolittle, która jednak swoje wiersze podpisywała zwykle inicjałami, 1886-1961) to od dawna poetka, która mnie fascynuje. Nie, na pewno nie najwybitniejsza z moich ulubionych (momentami mętna, momentami kiczowata niemal w swoich skojarzeniach), ale mnie samej w jakiś szczególny sposób bliska. Literacko (i osobiście) związana u początków swej kariery z Ezrą Poundem, potem przez całe życie szukała - prawdy o sobie, własnego głosu i sposobów poetyckiej ekspresji. Z powodu osobistych zamiłowań i w jakimś stopniu także z powodu edukacji, jaką odebrała, bliska jej była tematyka klasyczna - ale czytana i interpretowana specyficznie, po swojemu. Często (jak w poemacie Helena w Egipcie) pojawia się u H. D. tematyka kobieca i kobieca perspektywa, często też specyficznie reinterpretowany klasyczny (a w zasadzie grecki) antyk miesza się u niej z symboliką wywodzącą się z innych tradycji: z orientu, z gnostycyzmu, z chrześcijaństwa...

Tak jest też w Misteriach, z których zamieszczam tu tylko ostatnią część (choć, jakby kto był ciekawy, kiedyś przełożyłam całość). Tu bardzo wyraźne paralele nowotestamentalne (w tym fragmencie przede wszystkim ten passus o winie i chlebie i ten byciu krzewem winnym, ale wcześniej mamy ich znacznie więcej) mieszają się z odwołaniami do zupełnie innego kompleksu mitów związanych ze zmartwychwstaniem: z eleuzyjskim mitem o Demeter.

O tym, że Demeter, bogini natury (samo jej imię znaczy "Matka Ziemia"), utraciła córkę Korę (czyli po prostu "Dziewczynę") i że błądziła potem po umierającym powoli z powodu jej żałoby świecie na wpół obłąkana z żalu, każdy mniej więcej wie ze szkoły. Trochę mniej powszechna jest wiedza o specyficznym, misteryjnym kulcie bogini, kojarzonym przede wszystkim z podateńskim Eleuzis, a związanym właśnie z faktem żałoby bogini i powrotu jej córki z zaświatów. OK, upraszczam - ale jak ktoś chce nieuproszczone, to polecam pracę Eleusis Karla Kerenyiego (jest po polsku), a sama wracam do meritum. 

Kult Demeter jest przede wszystkim kultem natury wiecznie powracającej do życia, umierającej i zmartwychwstającej co roku - i dającej wyznawcom nadzieję na udział w jakimś rodzaju wieczności (co w greckiej religii wcale nie jest takie oczywiste, ale to jest temat na odrębny wpis). U H. D. pojawiają się charakterystyczne dla tego kultu i kojarzone z postacią Demeter elementy i motywy: pada imię bogini i pojawiają się aluzje do misteriów. Ale to nie wszystko: przez postać Jakchosa w ciąg skojarzeń zostaje włączony jeszcze jeden mit i jeszcze jedna postać. Dla Greków imię Demeter bywało synonimem chleba, pożywienia - tak jak symbolem wina bywało imię Dionizosa; a to właśnie jego, boga wina i szaleństwa, czczono w Eleuzis jako syna Demeter pod imieniem Jakchosa. Historycy religii kłócą się, jak ścisła jest ta identyfikacja, czy zawsze można utożsamić te dwa bóstwa - niemniej jednak, związek między Jakchosem a Dionizosem jest bezsporny, nawet jeżeli nad szczegółami ciągle trwa dyskusja.   

Dionizos to kolejne bóstwo związane z konceptem zmartwychwstania, powrotu do życia - jeden z wariantów mitu opowiada o przyjściu na świat i śmierci pierwszego Dionizosa, Zagreusa, i o jego ponownych narodzinach. Jako syn śmiertelnej kobiety i boga, Dionizos powinien być, tak naprawdę, herosem, równie podległym śmierci jak jego przyrodni bracia: Amfion, Kastor, Perseusz. Ale jest bogiem (napisano o tym mnóstwo książek), i to potężnym, a rytuały ku jego czci, odprawiane przez oszalałe kobiety-bachantki, budzą w świecie greckim (i rzymskim, i rzymskim...) jednocześnie fascynację i lęk.

No dobrze. Tylko kto mówi w tym tekście?

Biblijne paralele kusiłyby mnie, by widzieć tu zjawisko modnego nie tylko na przełomie XIX i XX wieku synkretyzmu, szukającego związków między tradycją pogańską a chrześcijaństwem (Wyspiański i jego Chrystus-Apollo w Akropolis, na ten przykład). Mówiący - ten, który jest krzewem winnym, który jest chlebem i winem, który rozmnaża Demeter (czyli chleb po prostu) byłby tu Chrystusem, rozumianym w dziwacznie politeistyczny, mistyczny sposób, nie unieważniający i nie podważający prawdziwości greckiej religii: Chrystus w ujęciu H. D. byłby w tym tekście nie tylko królem królów, ale i bogiem bogów, siłą sprawczą świata i natury. Niewiele pewnie miałaby taka postać wspólnego z jakąkolwiek chrześcijańską ortodoksją - bliżej by jej chyba było, w jej niedookreśloności i sugerowanej androgyniczności (którą lepiej widać w poprzednich częściach Misteriów niż tu) do chrystianizującego neoplatonizmu... 

Ale nie, żebym była tej interpretacji pewna: na podstawie przytaczanego przeze mnie fragmentu można ją obronić, ale całość cyklu, z jej obrazami zagłady i zniszczenia świata i odradzania się natury, jest jeszcze bardziej skomplikowana. Tak jak z misteriami eleuzyjskimi, o których charakterze wiemy, tak naprawdę, nie aż tak wiele - pozostaje nam się domyślać.        

sobota, 31 marca 2012

Konstanty Ildefons Gałczyński, Kryzys w branży szarlatanów

 

Słoneczko z ruskich bylin
już się na zachód chyli
i pustoszeje targ.
Szarlatan na podmostku
sprzedaje lalki z wosku,
krzyczy gorączką warg:
- Hej, panowie, paniusie,
bracia-siostry w Chrystusie,
kupcie ode mnie coś:
Mam lalki od miłości,
maści od samotności
i Polikarpa kość...
Hej, paniusie, panowie,
kupcie u mnie cokolwiek -
z febry od rana drżę!
Ocet siedmiu złodziei
i babiloński kleik,
i poudre de pourlimpimpim...
Ale krzyk nie pomaga,
wszyscy mówią, że blaga,
sztuczki w diabelskim pudle.
Więc ty, Najświętsza Panno,
dopomóż szarlatanom,
by nie pomarli zimą jak wróble. 

 

 

Trochę primaaprilisowo, trochę pogodowo - dzisiaj, po raz pierwszy tutaj, wiersz napisany po polsku. Wiersz jest w sam raz na dzisiejszy dzień - zawsze kojarzył mi się (trochę wbrew temu, co sam Gałczyński w nim napisał, tam jest po prostu jesienny wieczór i zamykają już targ) z takim dniem, jak dzisiejszy. Mokro. Zimno. Niby to wiosna, ale w sumie bardziej jeszcze zimowo. Ludzi na targu jak na lekarstwo, a biedak, który usiłuje im wcisnąć swoje oszukańcze skarby, nie ma komu sprzedać.

Ech, smutny jest los szarlatana. Nie dość, że wieczór i pusto, to na dodatek złe czasy nastały: ludzie zrobili się za sprytni i nie chcą już ani cudownych eliksirów, ani świętych relikwii, ani nawet babilońskich kleików, czymkolwiek by były. Zawsze mnie zachwyca, jak Gałczyński ze swadą i fantazją wymyśla te kolejne, absurdalne nazwy cudów-niewidów, które ma nieszczęsny szarlatan do sprzedaży, jak kombinuje i łączy w tych nazwach określenia autentycznie z tego rodzaju branżą kojarzące (bo i babiloński, i lalki od miłości, i zmyślona cudzoziemszczyzna poudre de pourlimpimpim...). Ale niestety - złote czasy przeminęły bezpowrotnie, dzisiaj (czyli w 1935) nie sprzedałby się nawet szczebelek z drabiny, która się śniła Jakubowi... Komiczny i satyryczny nastrój tego wiersza zawsze wydawał mi się zaprawiony nutką melancholii, pewnego - bo ja wiem, żalu? W końcu bez małomiasteczkowego szarlatana - wróżącego z kart, sprzedającego senniki babilońskie i cudowne maści - jakoś smutno bywa na targach... I jeszcze to zachodzące słoneczko z ruskich bylin, nadające komiczny, parodystyczno-epicki charakter całej tej smutno śmiesznej opowieści...

No dobra, może w dobie cudownej cieciorki i jasnowidzów pomagających policji jakoś nie pora narzekać na kryzys w branży szarlatanów i nostalgicznie się nad nimi rozczulać. Ja chyba jednak poszukam sobie jakiejś trochę... hmmm, mniej szkodliwej niż dzisiejsza popularność quack doctors? - pociechy i przyjemniejszego leku na melancholię kryzysu. I dlatego na koniec dzisiejszego wpisu będzie o szarlatanie, któremu się udaje. I to z hukiem. Nie dość, że nabiera całą wieś na swoje bycie dottore enciclopedico, nie dość, że sprzedaje swój cudowny napój miłosny komu się da, to jeszcze, summa summarum, w oczach zarówno własnych, jak i swego klienta - zakochanego w za ładnej i za bogatej pani Adinie niejakiego Nemorina - pozostaje prawdziwym cudotwórcą, który dzięki swemu cudownemu napojowi dał mu szczęście. Oto więc, po szarlatanie smutnym i kryzysowym, szarlatan triumfujący - choć, zważywszy, co było w jego napoju, może jednak nie można tak do końca nazwać go szarlatanem...?

 






sobota, 24 marca 2012

Katullus, c. 2 (przełożyła - okropnie - Anna Świderkówna)

 

Wróbelku, mojej dziewczyny kochanie!
Z tobą się bawi, ciebie trzyma pani
na swych kolanach i paluszka czubek
lubi nadstawiać pod twój mały dzióbek,
gdy przyjdzie mojej ślicznotce ochota
szukać pociechy w igraszkach i psotach.
Kiedy ją dręczy okrutne cierpienie,
zabawą, sądzę, przygasza płomienie.
Obym mógł z tobą jak ona się bawić
i ulgę smutnej mojej duszy sprawić!

Passer, deliciae meae puellae,
Quicum ludere, quem in sinu tenere,
Cui primum digitum dare adpetenti
Et acris solet incitare morsus,      
Cum desiderio meo nitenti
Carum nescio quid libet iocari
(Et solaciolum sui doloris,
Credo, ut tum grauis adquiescat ardor),
Tecum ludere sicut ipsa possem      

Et tristis animi leuare curas!

 

 

Jakoś w latach 50. I w. p.n.e. rzymski poeta Gajusz Waleriusz Katullus (którego kocham miłością wielką i do tego stopnia nieodwzajemnioną, że napisałam o nim książkę) ułożył wiersz o wróbelku swojej pani, opiewanej przez siebie pod imieniem Lesbii (o pani i o Katullusie więcej przy innej okazji).

Utwór jest – pozornie – leciutką zabawą, której pomysł zaczerpnięty jest z tradycji hellenistycznej, a przetworzony przez Katullusa. Mamy tu po prostu pochwałę ulubionego zwierzątka, zabawy z którym przynoszą jego pani ulgę w jej bliżej niesprecyzowanych smutkach i cierpieniach. W pewnym momencie można wręcz mieć wrażenie, że jest to niemal hymn, poświęcony wróbelkowi, rozumianemu prawie jako bóstwo, którego boskość wynika z faktu bliskości z ukochaną przez Katullusa dziewczyną; obecność i łaska Lesbii daje szczęście, większe niż to, które dostępne jest zwykłym śmiertelnikom. Bliskości tej Katullus obu zdecydowanie zazdrości i postrzega ją jako wynoszącą do ponadludzkiej rangi. Nietrudno zwrócić uwagę na zmysłowy i erotyczny nastrój tego wiersza – o czym, i o wynikłych z tego kłopotach, więcej za moment. Wyraźne jest także przejście od lekkiej, zmysłowej zabawy w pierwszych wersach do nastroju sugerującego miłosne cierpienia w wersach końcowych. Takie ujęcie tematu podpowiada, że za opisem zabawy dziewczyny z ulubieńcem kryje się coś więcej niż tylko literacki żart – że mamy do czynienia z subtelnym i pomysłowym opisem rodzącego się u obojga kochanków uczucia: on patrzy na jej wzruszenie, na jej miłość do ulubieńca, i po trochu się wzrusza, a po trochu mu zazdrości...

No tak. Ale potem, jakieś plus minus sto pięćdziesiąt lat później, inny rzymski poeta, Marcjalis, napisał wierszyk dla swojego młodego kochanka Didymusa i zakończył go następującymi (w moim własnym, marnym przekładzie) słowami:

Daj mi całusy – lecz Katullusowe,
a jak ich będzie odpowiednio dużo,
ja dam ci ptaszka w stylu Katullusa.

A ładnych paręset lat potem uczony pisarz i krytyk Angelo Poliziano odczytał sobie ten wierszyk Marcjalisa – no, tak jak pewnie połowa z nas by go odczytała, biorąc pod uwagę a) adresata, którym jest kochanek nadawcy, b) ogólną predylekcję Marcjalisa do tego, żeby czasem sobie poświntuszyć. Co jednak Poliziano dodał, to fakt, że Marcjalis wcale tego nie wymyślił i że ptaszek w stylu Katullusa musiał dla Rzymian być lekko tylko zawoalowaną aluzją do – no cóż, ptaszka w nieco innym tego słowa znaczeniu.Innymi słowy - że Katullus, rozczulając się nad miłością Lesbii do wróbelka, tak naprawdę mówi o jej fascynacji fallusem. Swoim własnym, Katullusowym, oczywiście.

Vase painting: phallic bird

 

No i się zaczęło. Krytycy i dyskutaci, najpierw renesansowi, potem bardziej współcześni, rzucili się na poszukiwanie zagubionego znaczenia. Frazy takie jak chciałbym się z nim tak bawić, jak ona nabrały nagle nowego znaczenia – a jak jeszcze dołoży się do tego fakt, że drugi wiersz z cyklu o wróbelku opowiada o jego nagłej śmierci, to można sobie wyobrazić Freudowskie używanie, jakie mieli krytycy, od kiedy idea “nieprzyzwoitego wróbelka” została odgrzebana i reanimowana w XX wieku... Zaczęło się dochodzenie i szukanie dowodów w pozostałych wierszach autora. Zwolennicy tezy o ptaszku-fallusie odgrzebali triumfalnie (fascynujący skądinąd) mini-poemat Katullusa o Attisie, młodzieńcu, który w służbie Kybele, bogini równie kapryśnej i co najmniej równie wymagającej jak kochanka-arystokratka, dokonał autokastracji, i zawołali, "A nie mówilim?". Przeciwnicy tezy unieśli się honorem i - powołując się na badania nad zachowaniami homoseksualnymi w Grecji i Rzymie - uznali, że żaden poeta przy zdrowych zmysłach nie proponowałby chłopcu, w którym jest zakochany, seksu w taki sposób (ergo, że Marcjalisowi chodzi o co innego, może o to, że da mu "Wróbelka Katullusa", a więc książkę z wierszami?). Do debaty włączyli się także filologowie z zamiłowaniami zoologicznymi, z zacięciem dyskutujący, czy wróbelek w ogóle może być wróbelkiem, a nie metaforą, bo czy da się go aż tak oswoić? 

No więc jak to jest – mamy do czynienia z rozczulająco słodkim wierszykiem o ulubionym zwierzątku czy z wierszem pełnym seksualnych dwuznaczników? No właśnie trudno powiedzieć: cały numer chyba z tym wierszem (i z tą poezją w ogóle) polega na tym, że ma być dwuznacznie, ma się kojarzyć, a nic nie ma być oczywiste. Każdy z nas ma klucz – a wiersz, jeżeli jest czymś na pewno, to jest zagadką.

 

sobota, 17 marca 2012
John Keats, On First Looking into Chapman's Homer

 Much have I travell'd in the realms of gold,
 And many goodly states and kingdoms seen;
 Round many western islands have I been
 Which bards in fealty to Apollo hold.
 Oft of one wide expanse had I been told
 That deep-browed Homer ruled as his demesne; 
 Yet did I never breathe its pure serene
 Till I heard Chapman speak out loud and bold:
 Then felt I like some watcher of the skies
 When a new planet swims into his ken;
 Or like stout Cortez when with eagle eyes
 He star'd at the Pacific — and all his men
 Look'd at each other with a wild surmise —
 Silent, upon a peak in Darien.


 

 

1816, John Keats w towarzystwie poznanego jeszcze w szkole Charlesa Cowdena Clarke'a piewrszy raz czyta pochodzący z przełomu XVI i XVII wieku przekład dzieł Homera, autorstwa George'a Chapmana; efekt mamy powyżej.

Jak na wiersz napisany ponoć pod wpływem chwili, sonet Keatsa wydaje się wyjątkowo przemyślany. Dominują w nim dwie perspektywy - czytelnik, sięgający po raz pierwszy po dzieła Homera zostaje tu zrównany z jednej strony z wędrowcem, z drugiej - z odkrywcą. 

Dwa skojarzenia - z homeryckim Odysem i z odkrywcami z czasów plus minus Chapmana - wydają się dominować w tym wierszu. Sam początek (liczne wędrówki, odwiedzanie licznych królestw, wyspy poddanie Apollinowi z jednej strony, a złote królestwa z drugiej) podkreśla oba te skojarzenia jednocześnie. W końcu wędrowiec, który wiele podróżował i wiele zobaczył, ale jednocześnie ciągle nie może trafić do ojczyzny całej europejskiej poezji, krainy, którą włada mądry Homer, a którą ona sam zna tylko z opowieści, musi się jakoś skojarzyć z herosem, który wiele wędrował; nawet pierwszy wers tego tekstu nieco przywodzi na myśl inwokację do Odysei z jej πολλῶν δ᾽ ἀνθρώπων ἴδεν ἄστεα καὶ νόον ἔγνω (w. 3). Zarazem - ponieważ pierwsze wersy wcale jeszcze nie sugerują, że wędrówki są alegoryczne, a każda odwiedzona wyspa to księga - złote królestwa też dość jednoznacznie odwołują się do romantycznej legendy o Eldorado i jego poszukiwaczach (na których my dziś zwykle patrzymy z lekkim przerażeniem, jako na wyjątkowo obrzydliwe wykwity europejskich tendencji kolonialnych, ale o których romantycy mieli nieco inne zdanie).

Czytelnik wędruje więc jak Odys po morzu lektur i jak Cortez (wiem, historycznie to wcale nie był Cortez, ale jest mi w tym momencie to równie jak Keatsowi obojętne) odkrywa nowe morza i nowe krainy. Jest w tym wszystkim także i trzecia sugestia - odkrywcy, ale nie wędrowca, lecz astronoma, patrzącego w niebo i widzącego po raz pierwszy nową planetę (Uran, 1781, Herschel? Dzięki za frazę watcher of the skies, skądinąd, mnóstwo mi swego czasu szczęścia dała). Czytanie jest odkrywaniem i wędrówką - ale w takim razie tworzenie literatury, na poziomie Homera znaczy, jest kreacją, tworzeniem światów, po których czytelnik może wędrować i które czekają na odkrycie.

Obraz wędrowca-odkrywcy, tak wyraźnie przywołany w pierwszych wersach, powraca w ostatnich, skonkretyzowany tym razem przez przywołanie postaci Corteza. Odkrywca i jego ludzie, rozdzieleni (on milczący na szczycie górskim, wpatrzony w nieznany ląd, oni spoglądający po sobie w zdumieniu) stoją przed czymś nieznanym i cudownym, jak czytelnik, któremu po raz pierwszy dano do ręki arcydzieło przemawiające w jego języku. Fascynuje mnie nieustannie to, jak Keats w tym wierszu przeskakuje od oczywistej metaforyczności (lektura=wędrówka po nieznanych krajach, lektura=odkrywanie) do konkretu, wymieniając imiona i nazwy i czyniąc swoje geograficzne metafory namacalnymi, rzeczywistymi.  

Keats-czytelnik kłania się tu dwóm poetom, autorowi (dobra, dobra, wiem) i tłumaczowi, obu oddając hołd. Zarazem jest to jeden z tekstów Keatsa, które wskazują na jego fascynację tradycją antyczną - ale nie będę nawet zaczynać o tym mówić, bo zaraz dostanę wyrzutów sumienia (obiecuję sobie od lat, że napiszę o tym artykuł...).  

 

PS. Ewentualni czytelnicy, uśmiechnijcie się do Drakainy o jej naprawdę świetne, jeszcze nieopublikowane tłumaczenie tego wiersza ;)

sobota, 10 marca 2012

Richard Wagner, Gralserzählung (Lohengrin, akt III)

 

Libretto (całość) w wersji angielskiej jest tutaj.

 

Lohengrin:
In fernem Land, unnahbar euren Schritten,
liegt eine Burg, die Monsalvat genannt;
ein lichter Tempel stehet dort inmitten,
so kostbar als auf Erden nichts bekannt;
drin ein Gefäß von wundertät'gem Segen,
wird dort als höchstes Heiligtum bewacht.
Es ward, daß sein der Menschen reinste pflegen,
herab von einer Engelschar gebracht.
Alljährlich naht vom Himmel eine Taube,
um neu zu stärken seine Wunderkraft:
es heißt der Gral, und selig reinster Glaube
erteilt durch ihn sich seiner Ritterschaft.
Wer nun dem Gral zu dienen ist erkoren,
den rüstet er mit überirdischer Macht;
an dem ist jedes Bösen Trug verloren,
wenn ihn er sieht, weicht dem des Todes Nacht;
selbst wer von ihm in ferne Land entsendet,
zum Streiter für der Tugend Recht ernannt,
dem wird nicht seine heil'ge Kraft entwendet,
bleibt als sein Ritter dort er unerkannt;
so hehrer Art doch ist des Grales Segen,
enthüllt muß er des Laien Auge fliehn;
des Ritters drum sollt Zweifel ihr nicht hegen,
erkennt ihr ihn - dann muß er von euch ziehn.
Nun hört, wie ich verbot'ner Frage lohne:
vom Gral ward ich zu euch daher gesandt:
Mein Vater Parzival trägt seine Krone,
sein Ritter ich bin, Lohengrin genannt.

 

 

 

Na początek - wyznanie. Mam fioła, fiołowego kompletnego fioła, na punkcie legend arturiańskich w ich rozlicznych wariantach. Ba, podejrzewam, że fakt, iż zawodowo fascynują mnie późnoantyczne romanse i zmitologizowane opowieści o Aleksandrze Wielkim, ma z tym fiołem (sięgającym korzeniami bodajże oglądania, we wczesnym dzieciństwie, Disneyowskiego Miecza w kamieniu) co nieco wspólnego.

O Lohengrinie po raz pierwszy usłyszałam w czasach grubo przedinternetowych - podczas lektury, w wieku ośmiu lat, Krzyżaków (nie pytajcie, co mi ta lektura zrobiła z psychiką). Tak to przynajmniej pamiętam - podobnie jak pamiętam fakt, że niezawodna zazwyczaj chodząca encyklopedia w postaci mojej mamy nie była mi w stanie o Lohengrinie powiedzieć nic poza "rycerz z legend". 

No, potem minęły lata, pojawił się internet, w którym można znaleźć wszystko, a ja przeczytałam, między innymi, Wolframa von Eschenbach i wreszcie się porządnie dowiedziałam, o co w historii rycerza z łabędziem chodzi.

A potem - wszystko wina Drakainy - zdarzyło się w moim życiu kompletnie nieprzewidywalne zakochanie w Złocie Renu i - w zgodzie z moim normalnym modus operandi - ambitna próba posłuchania wszystkiego, co Wagner napisał. No i tak od tamtego czasu (trzy lata temu?) niemal-finałowy monolog Lohengrina, w którym wyjaśnia on otaczającą go tajemnicę, nie może dać mi spokoju. 

Libretto do opery napisał, oczywiście, sam Wagner; było to stosunkowo wcześnie w jego karierze (1850), po Tannhäuserze, a przed Ringiem. To, co mnie w tym konkretnym ujęciu opowieści o Lohengrinie nieodmiennie fascynuje, to sposób, w jaki świat wzniosłego mitu i tajemnica Graala są tu pożenione z historycznym konkretem. Zaczyna się ta cała opowieść przecież w konkretnym tu i teraz: w Brabancji, za panowania Henryka I Ptasznika (876-936). Są daty, jest rozpoznawalne miejsce na mapie Europy - i w to miejsce, w ten czas, wkracza, wezwany na pomoc, rycerz z mistycznego  zamku w dalekiej krainie.   

Fakt, że zderzają się tu od początku realia z mitem, historia z legendą, wydaje mi się ważny właśnie w kontekście tekstu, o którym chciałam parę słów napisać. Dlaczego? Ano dlatego, że dopiero tutaj, w swoich niemal ostatnich słowach, Lohengrin potwierdza istnienie tej drugiej, innej rzeczywistości. Pewnie, wcześniej mało kto wątpił, że obdarzony niezwykłymi umiejętnościami rycerz z łabędziem jest troszkę nie z tego świata, ale jego imię, pochodzenie i cała w zasadzie o nim prawda pozostawały nie tylko ukryte - pozostawały tabu, były centralną zagadką, wokół której wszystko się dzieje; pytaniem, które wszyscy chcieli zadać, a nikt nie mógł.

No ale: jesteśmy już u kresu wydarzeń. Przed chwilą zdarzyły się rzeczy gwałtowne i wymagające natychmiastowego wyjaśnienia: pojedynek, śmierć, spisek. Świeżo okrzyknięty bohater i przywódca Brabantczyków powinien się szybko i konkretnie wytłumaczyć przed królem i ludem - jeżeli nie z innych powodów, to dlatego, że zarzucono mu nieodpowiednie pochodzenie. No a on, zamiast tego, zaczyna opowiadać baśń.

Daleko stąd, w krainie wam nieznanej, zaczyna Lohengrin swoją opowieść - opowieść, która sama w sobie jest jedną wielką retardacją, ciągłym odwlekaniem tego, co nieuniknione. Tu też będą konkrety, nazwy i imiona: Monsalwat, Graal, Parsifal - ale nie te, znane z przestrzeni obok, tylko te powtarzane w legendach, tutaj nagle rzeczywiste i ucieleśnione. A Lohengrin zwleka, oddala od siebie moment powiedzenia całej prawdy - bo wie, jaka jest cena za jej ujawnienie.

Ten monolog dzieli się dość wyraźnie na poszczególne części, a słuchacz (bo przecież nie czytelnik) wędruje za bohaterem, patrząc coraz bardziej z bliska; zawsze kojarzy mi się ten obraz z epicką filmową kamerą, pokazującą najpierw, z daleka, Monsalwat i świątynię w jej nieziemskim splendorze pełnym światła, a potem, zbliżając się, Graala. Lohengrin najpierw mówi nam o Graalu całkiem sporo - czym jest, skąd się wziął, kto go strzeże - zanim w końcu, w momencie, skądinąd, mocno wypunktowanym muzyką, wymieni jego nazwę, mówiąc es heißt der Gral. Wydaje mi się ważne właśnie to odwleczenie ujawnienia Graala, pozostawienie słuchacza w niewiedzy aż do ostatniej chwili - bo to samo, przecież, Lohengrin za moment zrobi z własnym imieniem.   

Ale przecież można odwlec ten moment jeszcze dalej: i Lohengrin zaczyna mówić o rycerzach Graala, o ich służbie, o darze nieśmiertelności i o mocy związanej, oczywiście magią. Rycerz Graala pozostaje nietykalny i niepokonany, póki nikt nie zna jego imienia. To sa ostatnie chwile, kiedy niepokonany i nietykalny pozostaje sam Lohengrin. Z jednej strony, wyjaśnia tu swoją rolę i otaczającą go aurę niezwykłości; z drugiej, pozwala sobie jeszcze przez moment unikać ujawnienia własnej tożsamości.

Ale kiedy już przychodzi ten moment, w ostatniej strofie, Lohengrin wydaje się zdecydowany - choć i tu zwleka i dawkuje informacje. Trzy ostatnie wersy (w czwartym od końca mamy zapowiedź wyjawienia odpowiedzi na zakazane pytanie) odwołują się kolejno do (3) przyczyny jego pojawienia się w Brabancji (i, w związku z tym, do wspomnianych wcześniej rycerzy Graala), (2) jego pochodzenia (imię i pozycja ojca) i (1) jego własnej roli jako rycerza; dopiero w ostatnich dwóch słowach, najpóźniej jak się da, Lohengrin wyjawia swoje imię. Tak jak o Graalu wiedzieliśmy prawie wszystko, zanim poznaliśmy jego imię, tak znamy rolę, pochodzenie i pozycję Lohengrina, zanim dowiemy się, jak się nazywa. Dlaczego? Bo kiedy wyjawi swoje imię, będzie musiał odejść. Ten monolog jest pełen triumfu, oczywiście - wielkość i chwała Montsalwat, świątyni, Graala i jego rycerzy, wreszcie króla Parsifala i jego syna tego triumfu się domagają - ale także i smutku, bo już wszyscy wiedzą, jak to się skończy.

Fascynuje mnie ten tekst nieodmiennie, i, tak naprawdę, mam gdzieś w głowie ułożoną do niego własną historię - tak jak mam swoje własne, fanfikowe, alternatywne zakończenie dla historii Elzy z Brabancji. Elza u Wagnera bez słowa umiera z rozpaczy po odejściu Lohengrina, płacąc życiem - och, jakże nieprzewidywalnie - za zdrożną kobiecą ciekawość; w mojej prywatnej wersji tej historii żyje długo, jako samotna i zgorzkniała królewska siostra, rok w rok wysyłająca błędnych zaiste rycerzy na bezsensowne wyprawy w poszukiwaniu zamku z baśni i jego nieśmiertelnego księcia. 

I na koniec - to się, w zasadzie, śpiewa, i - jak to u Wagnera - opis tego bez muzyki jest, z definicji, niepełny i niedoskonały. Ponieważ moja miłość do muzyki nijak nie przekłada się na umiejętność pisania o niej - będzie tylko coś do posłuchania. Jak dla mnie - jak chodzi o oddanie emocji, jakie tu są - chyba nie bardzo da się lepiej.

 



niedziela, 04 marca 2012

Percy Bysshe Shelley, Ozymandias

 

I met a traveller from an antique land
Who said: Two vast and trunkless legs of stone
Stand in the desert. Near them, on the sand,
Half sunk, a shattered visage lies, whose frown,
And wrinkled lip, and sneer of cold command,
Tell that its sculptor well those passions read
Which yet survive, stamped on these lifeless things,
The hand that mocked them and the heart that fed:
And on the pedestal these words appear:
"My name is Ozymandias, king of kings:
Look on my works, ye Mighty, and despair!"
Nothing beside remains. Round the decay
Of that colossal wreck, boundless and bare
The lone and level sands stretch far away.

 


 

Tytułem informacji: jest rok 1817, Shelley jest już po spotkaniu z Byronem (z i Mary Godwin), a do Londynu za moment ma trafić zakupiony przez British Museum posąg Ramzesa II. Moda na Egipt i Orient trwa już od jakiegoś czasu - zaczęła się, tak naprawdę, zanim jeszcze zaczął się Romantyzm, od przekładów Baśni z tysiąca i jednej nocy i od fascynacji Egiptem, jaką przyniosła wyprawa Napoleona. Niemniej jednak, wielkie postacie i tradycje egipskiej kultury, historii i miotologii dopiero torowały sobie drogę do masowej wyobraźni: kiedy Shelley poświęcił swój wiersz wizerunkowi Ramzesa II, tak naprawdę mógł go znać przede wszystkim ze źródeł nie egipskich, lecz greckich - w końcu to u Diodora Sycylijskiego znajduje się zarówno zapis jego inskrypcji nagrobnej (nie wytrzymam bez ukochanej greki: ‘βασιλεὺς βασιλέων Ὀσυμανδύας εἰμί. εἰ δέ τις εἰδέναι βούλεται πηλίκος εἰμὶ καὶ ποῦ κεῖμαι, νικάτω τι τῶν ἐμῶν ἔργων; jam jest Ozymandias, król królów; ktokolwiek chce wiedzieć, jak wielki byłem i gdzie spoczywam, niech przewyższy któreś z moich dzieł), jak i samą formę imienia, jakiej Shelley używa.

Trzy osoby są w tym tekście, jedna w centrum, jedna kompletnie z boku, choć to od niej zaczyna się tekst: od ja, od relacji ze spotkania z podróżnikiem, który spotkał kamienny posąg zapomnianego władcy. To podróżnik snuje refleksje - nie, wróć, niczego nie snuje (a jak bardzo _nie_ snuje i jak dobrze to robi tekstowi, widać po porównianiu z drugim wierszem na ten sam temat). No więc nie snuje, tylko opisuje, nie komentując, upadek posągu, pychę jego słów, pustkę dookoła. Od snucia refleksji to tu jesteśmy my, czytelnicy. 

Ten tekst wydaje się, na pozór, klasyczną wariacją na temat sic transit gloria mundi, przeminą Grecy, przeminą Rzymianie  itd. itd. itd. Rzeczywiście, kontrast między dumnymi słowami wypisanymi na posągu a po pierwsze jego stanem, a po drugie - otaczającą go pozbawioną życia pustką i ciągnącą się w nieskończoność pustynią, natychmiast przywodzą na myśl takie właśnie skojarzenie: tak z pełnych pychy słów, jak i z samego posągu pozostały tylko okruchy. A jak jeszcze wziąć pod uwagę biografię Shelleya i jego serdeczną niechęć do wszelkiego rodzaju tyranii i władzy absolutnej, nietrudno zobaczyć w Ozymandiasie - którego cały opis, ze sneer of cold command na czele, sugeruje orientalnego tyrana, władcę absolutnego, który jest właścicielem państwa i poddanych - wyraźny symbol upadku wszelkiej tyranii, w swoim czasie niepokonanej, ale i tak skazanej na klęskę i zapomnienie przez sam upływ czasu, sam bieg historii. 

Ale tu to jest chyba troszkę bardziej skomplikowane. Może i inskrypcja, czytana wśród pustki i piasku, brzmi ironicznie, może dzisiejsi wielcy nie muszą rozpaczać, porównując się z na wpół zapomnianym władcą (ja wiem, Ramzes II wcale nie jest pół-zapomniany, to tylko bohater Shelleya jest...), ale coś z mocy, coś z okrutnej potęgi Ozymandiasa ciągle trwa: podróżnik, który widział jego strzaskany posąg, podkreśla nie tylko jego fizyczną wielkość, ale i niemal namacalne wrażenie, jakie  ciągle robi. Czyny i dzieła Ozymandiasa, jego powody do chwały, mogą leżeć w ruinie - ale coś z tej osobowości, budzącej lęk i podziw, pozostało. Coś z jego osoby przetrwało tyle, że chyba nie to, co sam chciał zachować - nie miasta, nie sława i czyny, a dowód - wypisany na twarzy dowód - że był potężnym, okrutnym tyranem.  

To jest jeden z tych wierszy, do których, tak naprawdę, nie mam słów: męczyłam się z wysmażeniem tego, co powyżej, bo tak naprawdę trudno mi wyjść poza "tego się lepiej nie da" i poza "ale poza tym, jak to brzmi!". Popkulturowo dodam jeszcze, że po przeczytaniu tego wiersza nikt już chyba nie uwierzy w rzekomą nadludzką inteligencję niejakiego Adriana Veidta (tak, mój ulubiony czarny charakter w Watchmenach, nic nie poradzę): nie dość, że się facet uznał za nowego Aleksandra Wielkiego (a co najmniej od czasów Ernsta Badiana wiemy, że to Bardzo Źle - kto by chciał być imperialistą, okrutnikiem, megalomanem i pijakiem w jednym?), to jeszcze wziął sobie ksywkę po symbolu upadłej wielkości. Smartest man on the planet, indeed. 

Jeżeli brać od uwagę powszechnie przyjęte kryteria (=stereotypy), świetnie się nadaję do pisania o poezji. Jestem filolożką dyplomowaną, co oznacza, że jakieś dwadzieścia lat spędziłam na studiowaniu i wykładaniu Katullusów, Teokrytów i im podobnych, i choć mogło mnie to nie nauczyć najnowszej metodologii (a wierzcie mi, klasyków rzadko jej uczą), to z pewnością dało mi w jasną cholerę i trochę wiedzy na temat tradycji literackiej i obycie z klasycznymi formami i gatunkami, o toposach i tropach nie wspominając. Dodatkowo, wyrobiłam w sobie odpowiednią dla mojego zawodu dozę poczucia misji i chęci dzielenia się z innymi tym, co robię. Poza tym, lubię czytać.

Amor - graffiti - Berlin; by ninedin

Z drugiej strony – jeżeli, uczciwie, wziąc pod uwagę powszechnie przyjęte kryteria (=stereotypy), wyjątkowo kiepsko się nadaję do pisania o poezji. Nie jestem poetyczną duszą: jeżeli się wzruszam, to na filmach, jestem przyziemna do bólu i prowadzę bloga o popkulturze. Głowę mam pełną Daleków, mieczy świetlnych i problemów z trupami lordów w zamkniętych od wewnątrz pokojach, wolę komedie od tragedii, a kreskówki dla dzieci od filmów psycholologicznych i generalnie bardzo jestem kiepska, jak chodzi o tzw. Uczucia Wyższe i Sztukę Wysublimowaną. Zasadniczo, czuję się nieco zakłopotowana, kiedy w ogóle mam użyć sformułowań takich, jak "czytam wiersze" albo "lubię poezję" - natychmiast zaczynam czuć się jak pretensjonalna Ania z Zielonego Wzgórza; OK, czasem robię romantyczne zdjęcia kwiatków albo jedzenia. Ba, nawet nigdy wierszy nie pisałam. No tyle, że lubię czytać, i mam klasyczny syndrom grafomana: pisanie sprawia mi wielką przyjemność.

No tyle, że zasadniczo, w tym akurat momencie w nosie mam stereotypy. Lubię czytać wiersze; niektóre wiersze, z różnych czasów, z różnych epok i kultur, a także - lubię o nich pisać. Pisać będę ani fachowo, ani wzniośle, tylko dla przyjemności. Nie będą to, ergo, naukowe opracowania, poprzedzone doglębną lekturą literatury przedmiotu, choć podstawowy szacunek dla specyfiki epoki i kultury, z której się dany tekst wywodzi, zamierzam zachować. Prędzej będą to impresje, wrażenia, w eseistycznej raczej niż jakiejkolwiek innej formie spisane.

Będą co sobotę, chyba że postanowię inaczej. No, i będą nie tylko wiersze sensu stricto: mogą się tu pojawić fragmenty dramatów, urywki prozy, libretta, piosenki. W różnych językach i z różnych epok/kręgów kulturowych, bo tak.

Tagi: po co
16:57, ninedin
Link Komentarze (5) »
1 , 2 , 3