Kategorie: Wszystkie | O wierszach | O wierszach, takich do muzyki | Starożytnie | Teatr | Teatr na żywo | Willspeak
RSS

O wierszach, takich do muzyki

niedziela, 10 czerwca 2012

Zepsułam sobie rękę. Przegięłam z pisaniem (chyba) i wlazło mi w prawą rękę jakieś zapalenie; ergo, nie mogę pisać, stukam na kompie palcami lewej ręki; ergo, nie będzie wpisu.

 

Apollinari Mikhailovich Vasnetsov (1856-1933)


Będzie tylko kilka słów i jeden (nie całkiem) film. I to w polskiej wersji.

 



 

Na tej piosence z polskiej płyty z piosenkami Okudżawy (ulubiona płyta mojej mamy) uczyłam się, jako kilkulatka, paru rzeczy. Na przykład tego, kto to był Puszkin (= autor mojej ulubionej bajki, czyli opowiadanego przez mamę-rusycystkę z pomocą obrazków z rosyjskiego wydania Rusłana i Ludmiły). Albo, że w wierszu nie zawsze od razu wiadomo, o co chodzi (cokoły, na których nie stoi już nikt - po rosyjsku jeszcze bardziej bodaj wymowne пьедесталы, которые выше побед, cokoły wyższe od samych zwycięstw) - weźcie wytłumaczcie pierwszoklasistce, o co chodzi. Albo, że wiersz może złamać ci serce, choć sama nie wiesz, czym - pamiętam, jaki smutek, kompletnie niezrozumiały, ten utwór we mnie budził. Albo tego, że trzeba myśleć, a czasami wybór jest trudny - nie wiedziałam, jako ta ośmio- dziewięciolatka, co fascynuje mnie bardziej: świat z rakietami czy sanie w śnieżnej Moskwie, i strasznie było mi żal narratora, że nie może mieć i jednego, i drugiego. 

I, oczywiście, nie rozumiałam, o co tak naprawdę chodzi. I co z tego.

Ale uczyłam się też wtedy czegoś, co zrozumiałam dopiero po latach, i co z sama poezją ma mało wspólnego. Miłości do fikcji i do "co by było, gdyby". Bo to, czego zawsze żałowałam najbardziej, kiedy piosenka się kończyła, to były dwie rzeczy: po pierwsze, że nie wiem, skąd Puszkin wraz z saniami nagle wziął się we współczesnej Moskwie. A po drugie - o, po drugie, to nigdy chyba jako dziecko nie wybaczyłam Okudżawie, że nie odpowiedział mi na pytanie, co takiego zdarzyło się jutro, dzień po tym, jak Aleksander Siergiejewicz pojawił się Moskwie XX wieku.

Spędzałam jako dziecko długie godziny wyobrażając sobie, co się stało. I jak tak ostatnio przyjrzałam się sobie, swoim nawykom, swoim pasjom - chyba, metaforycznie rzecz ujmując, do dziś nie przestałam.

sobota, 10 marca 2012

Richard Wagner, Gralserzählung (Lohengrin, akt III)

 

Libretto (całość) w wersji angielskiej jest tutaj.

 

Lohengrin:
In fernem Land, unnahbar euren Schritten,
liegt eine Burg, die Monsalvat genannt;
ein lichter Tempel stehet dort inmitten,
so kostbar als auf Erden nichts bekannt;
drin ein Gefäß von wundertät'gem Segen,
wird dort als höchstes Heiligtum bewacht.
Es ward, daß sein der Menschen reinste pflegen,
herab von einer Engelschar gebracht.
Alljährlich naht vom Himmel eine Taube,
um neu zu stärken seine Wunderkraft:
es heißt der Gral, und selig reinster Glaube
erteilt durch ihn sich seiner Ritterschaft.
Wer nun dem Gral zu dienen ist erkoren,
den rüstet er mit überirdischer Macht;
an dem ist jedes Bösen Trug verloren,
wenn ihn er sieht, weicht dem des Todes Nacht;
selbst wer von ihm in ferne Land entsendet,
zum Streiter für der Tugend Recht ernannt,
dem wird nicht seine heil'ge Kraft entwendet,
bleibt als sein Ritter dort er unerkannt;
so hehrer Art doch ist des Grales Segen,
enthüllt muß er des Laien Auge fliehn;
des Ritters drum sollt Zweifel ihr nicht hegen,
erkennt ihr ihn - dann muß er von euch ziehn.
Nun hört, wie ich verbot'ner Frage lohne:
vom Gral ward ich zu euch daher gesandt:
Mein Vater Parzival trägt seine Krone,
sein Ritter ich bin, Lohengrin genannt.

 

 

 

Na początek - wyznanie. Mam fioła, fiołowego kompletnego fioła, na punkcie legend arturiańskich w ich rozlicznych wariantach. Ba, podejrzewam, że fakt, iż zawodowo fascynują mnie późnoantyczne romanse i zmitologizowane opowieści o Aleksandrze Wielkim, ma z tym fiołem (sięgającym korzeniami bodajże oglądania, we wczesnym dzieciństwie, Disneyowskiego Miecza w kamieniu) co nieco wspólnego.

O Lohengrinie po raz pierwszy usłyszałam w czasach grubo przedinternetowych - podczas lektury, w wieku ośmiu lat, Krzyżaków (nie pytajcie, co mi ta lektura zrobiła z psychiką). Tak to przynajmniej pamiętam - podobnie jak pamiętam fakt, że niezawodna zazwyczaj chodząca encyklopedia w postaci mojej mamy nie była mi w stanie o Lohengrinie powiedzieć nic poza "rycerz z legend". 

No, potem minęły lata, pojawił się internet, w którym można znaleźć wszystko, a ja przeczytałam, między innymi, Wolframa von Eschenbach i wreszcie się porządnie dowiedziałam, o co w historii rycerza z łabędziem chodzi.

A potem - wszystko wina Drakainy - zdarzyło się w moim życiu kompletnie nieprzewidywalne zakochanie w Złocie Renu i - w zgodzie z moim normalnym modus operandi - ambitna próba posłuchania wszystkiego, co Wagner napisał. No i tak od tamtego czasu (trzy lata temu?) niemal-finałowy monolog Lohengrina, w którym wyjaśnia on otaczającą go tajemnicę, nie może dać mi spokoju. 

Libretto do opery napisał, oczywiście, sam Wagner; było to stosunkowo wcześnie w jego karierze (1850), po Tannhäuserze, a przed Ringiem. To, co mnie w tym konkretnym ujęciu opowieści o Lohengrinie nieodmiennie fascynuje, to sposób, w jaki świat wzniosłego mitu i tajemnica Graala są tu pożenione z historycznym konkretem. Zaczyna się ta cała opowieść przecież w konkretnym tu i teraz: w Brabancji, za panowania Henryka I Ptasznika (876-936). Są daty, jest rozpoznawalne miejsce na mapie Europy - i w to miejsce, w ten czas, wkracza, wezwany na pomoc, rycerz z mistycznego  zamku w dalekiej krainie.   

Fakt, że zderzają się tu od początku realia z mitem, historia z legendą, wydaje mi się ważny właśnie w kontekście tekstu, o którym chciałam parę słów napisać. Dlaczego? Ano dlatego, że dopiero tutaj, w swoich niemal ostatnich słowach, Lohengrin potwierdza istnienie tej drugiej, innej rzeczywistości. Pewnie, wcześniej mało kto wątpił, że obdarzony niezwykłymi umiejętnościami rycerz z łabędziem jest troszkę nie z tego świata, ale jego imię, pochodzenie i cała w zasadzie o nim prawda pozostawały nie tylko ukryte - pozostawały tabu, były centralną zagadką, wokół której wszystko się dzieje; pytaniem, które wszyscy chcieli zadać, a nikt nie mógł.

No ale: jesteśmy już u kresu wydarzeń. Przed chwilą zdarzyły się rzeczy gwałtowne i wymagające natychmiastowego wyjaśnienia: pojedynek, śmierć, spisek. Świeżo okrzyknięty bohater i przywódca Brabantczyków powinien się szybko i konkretnie wytłumaczyć przed królem i ludem - jeżeli nie z innych powodów, to dlatego, że zarzucono mu nieodpowiednie pochodzenie. No a on, zamiast tego, zaczyna opowiadać baśń.

Daleko stąd, w krainie wam nieznanej, zaczyna Lohengrin swoją opowieść - opowieść, która sama w sobie jest jedną wielką retardacją, ciągłym odwlekaniem tego, co nieuniknione. Tu też będą konkrety, nazwy i imiona: Monsalwat, Graal, Parsifal - ale nie te, znane z przestrzeni obok, tylko te powtarzane w legendach, tutaj nagle rzeczywiste i ucieleśnione. A Lohengrin zwleka, oddala od siebie moment powiedzenia całej prawdy - bo wie, jaka jest cena za jej ujawnienie.

Ten monolog dzieli się dość wyraźnie na poszczególne części, a słuchacz (bo przecież nie czytelnik) wędruje za bohaterem, patrząc coraz bardziej z bliska; zawsze kojarzy mi się ten obraz z epicką filmową kamerą, pokazującą najpierw, z daleka, Monsalwat i świątynię w jej nieziemskim splendorze pełnym światła, a potem, zbliżając się, Graala. Lohengrin najpierw mówi nam o Graalu całkiem sporo - czym jest, skąd się wziął, kto go strzeże - zanim w końcu, w momencie, skądinąd, mocno wypunktowanym muzyką, wymieni jego nazwę, mówiąc es heißt der Gral. Wydaje mi się ważne właśnie to odwleczenie ujawnienia Graala, pozostawienie słuchacza w niewiedzy aż do ostatniej chwili - bo to samo, przecież, Lohengrin za moment zrobi z własnym imieniem.   

Ale przecież można odwlec ten moment jeszcze dalej: i Lohengrin zaczyna mówić o rycerzach Graala, o ich służbie, o darze nieśmiertelności i o mocy związanej, oczywiście magią. Rycerz Graala pozostaje nietykalny i niepokonany, póki nikt nie zna jego imienia. To sa ostatnie chwile, kiedy niepokonany i nietykalny pozostaje sam Lohengrin. Z jednej strony, wyjaśnia tu swoją rolę i otaczającą go aurę niezwykłości; z drugiej, pozwala sobie jeszcze przez moment unikać ujawnienia własnej tożsamości.

Ale kiedy już przychodzi ten moment, w ostatniej strofie, Lohengrin wydaje się zdecydowany - choć i tu zwleka i dawkuje informacje. Trzy ostatnie wersy (w czwartym od końca mamy zapowiedź wyjawienia odpowiedzi na zakazane pytanie) odwołują się kolejno do (3) przyczyny jego pojawienia się w Brabancji (i, w związku z tym, do wspomnianych wcześniej rycerzy Graala), (2) jego pochodzenia (imię i pozycja ojca) i (1) jego własnej roli jako rycerza; dopiero w ostatnich dwóch słowach, najpóźniej jak się da, Lohengrin wyjawia swoje imię. Tak jak o Graalu wiedzieliśmy prawie wszystko, zanim poznaliśmy jego imię, tak znamy rolę, pochodzenie i pozycję Lohengrina, zanim dowiemy się, jak się nazywa. Dlaczego? Bo kiedy wyjawi swoje imię, będzie musiał odejść. Ten monolog jest pełen triumfu, oczywiście - wielkość i chwała Montsalwat, świątyni, Graala i jego rycerzy, wreszcie króla Parsifala i jego syna tego triumfu się domagają - ale także i smutku, bo już wszyscy wiedzą, jak to się skończy.

Fascynuje mnie ten tekst nieodmiennie, i, tak naprawdę, mam gdzieś w głowie ułożoną do niego własną historię - tak jak mam swoje własne, fanfikowe, alternatywne zakończenie dla historii Elzy z Brabancji. Elza u Wagnera bez słowa umiera z rozpaczy po odejściu Lohengrina, płacąc życiem - och, jakże nieprzewidywalnie - za zdrożną kobiecą ciekawość; w mojej prywatnej wersji tej historii żyje długo, jako samotna i zgorzkniała królewska siostra, rok w rok wysyłająca błędnych zaiste rycerzy na bezsensowne wyprawy w poszukiwaniu zamku z baśni i jego nieśmiertelnego księcia. 

I na koniec - to się, w zasadzie, śpiewa, i - jak to u Wagnera - opis tego bez muzyki jest, z definicji, niepełny i niedoskonały. Ponieważ moja miłość do muzyki nijak nie przekłada się na umiejętność pisania o niej - będzie tylko coś do posłuchania. Jak dla mnie - jak chodzi o oddanie emocji, jakie tu są - chyba nie bardzo da się lepiej.