Willspeak

sobota, 15 grudnia 2012

Koriolan (Coriolanus), reż. R. Fiennes, wyst. Ralph Fiennes (Koriolan), Vanessa Redgrave (Wolumnia, matka Koriolana), Gerald Butler (Aufidiusz, wódz Wolsków), Jessica Chastain (Wirgilia, żona Koriolana), James Nesbitt (Sycyniusz, trybun ludowy), Brian Cox (senator Meneniusz), 2011. I jakąś klątwę bóstwa przekładów poproszę na polskiego wydawcę - za użycie nieznośnie archaicznego tłumaczenia Paszkowskiego w jedynych dostępnych napisach.

 

źródło: ibnlive.in.com

 

Wedle jednej z teorii prawdziwego fana poznaje się po tym, że zapytany o swój ulubiony aspekt obiektu fanowania, wymienia nie oczywistości (bo te są, cóż... oczywiste), ale coś mniej znanego i z punktu widzenia przeciętnego odbiorcy raczej średnio znaczącego: Bobę Fetta w starych Star Warsach, czarny charakter pojedynczego odcinka (patrz: Gary Mitchell) w Star Treku, epizod, który większości widzów serialu nie zachwyca. Jeżeli to stwierdzenie jest prawdziwe, robi mnie to ze mnie fankę Williama Szekspira: Koriolan to jedna z moich zdecydowanie ukochanych sztuk, a, powiedzmy sobie, w szekspirowskim kanonie ma on raczej drugo-, jeśli nie trzeciorzędne znaczenie, zwłaszcza z polskiego punktu widzenia. Owszem, T.S. Eliot uważał tę sztukę za arcydzieło, owszem, rolę Koriolana grywali najwięksi (od Laurence'a Oliviera przez Richardas Burtona po Morgana Freemana i Iana McKellena, a Drakaina pewnie kazałaby mi tu dorzucić Toby'ego Stephensa), ale nie wystawia się jej wcale nie aż tak często, a adaptacje filmowe lub spektakle na DVD są raptem dwa: BBC z 1984 roku, z Alanem Howardem i ta wersja zeszłoroczna - debiut reżyserski Ralpha Fiennesa z nim samym w roli tytułowej. 

Moja fascynacja tą sztuką zaczęła się, w tym przypadku (wbrew pozorom) nietypowo, od filologii klasycznej, którą studiowałam. Fil.klas. robi człowiekowi różne rzeczy, dobre i złe, ale do czytania rzeczy innych, niż grecko-rzymskie, zachęca, a przynajmniej w moich czasach zachęcała, raczej średnio: po prostu - nie oszukujmy się - raczej nie zostawało nam na nie czasu. No ale, seminarium mieliśmy na IV roku o mitach rzymskich, mnie się dostał z przydziału Koriolan; głównym źródłem okazał się, dość przewidywalnie, Żywot Koriolana Plutarcha, skądinąd - dzięki angielskiemu przekładowi Thomasa Northa - także główne źródło tragedii Szekspira. Plutarch mi się wtedy pierwszy raz naprawdę spodobał - kto przeczytał opis mamusi Koriolana, doceni choćby psychologiczną precyzję, z jaką grecki autor charakteryzuje jej relacje z synem - a jako istota z natury ciekawska ja z kolei postanowiłam przeczytać, jak bohatera mojej pracy rocznej potraktował Szekspir, i tak się zaczęło.   

Filmowa, uwspółcześniona adaptacja Fiennesa zdecydowanie odpowiada moim gustom, bo wydobywa na plan pierwszy to, co mnie w tej sztuce wydawało się szczególnie fascynujące: historię człowieka, który ma zadatki na wielkość, ale pycha i pogarda dla innych (=słabszych) z jednej, a to, że w głębi serca ciągle jest małym, posłusznym synkiem swojej matki z drugiej strony, skutecznie mu osiągnięcie tej wielkości uniemożliwiają. To nie jest łatwa sztuka do interpretacji, zwłaszcza dzisiaj: bardzo przecież łatwo byłoby z Koriolana zrobić ofiarę rozpasanej demoochlokracji, herosa, którego głupi, niewdzięczny i podburzony przez zawodowych politykierów lud niesłusznie odtrąca, powodując w końcu, że bohater, zaślepiony wściekłością na niesprawiedliwość, staje się zdrajcą. Tyle że chyba nie do końca tak autor go napisał: Koriolan nie jest wyłącznie sprawiedliwym, co się nie umie podlizać ludowi, ani herosem bez skazy, któremu ręce za lud walczące sam lud niesłusznie i okrutnie poobcina. I nie, nie do końca jest też, zwłaszcza w tej wersji, tak, że to Koriolan i Aufidiusz są głównymi przeciwnikami. Gdybym to ja robiła ten plakat powyżej, byłaby na nim, zamiast Geralda Butlera, Vanessa Redgrave.   

W swojej pierwszej połowie Koriolan Fiennesa jest o człowieku, który się kulom nie kłania i niczego, niczego się nie boi - może poza pełnym dezaprobaty spojrzeniem matki. Koriolan, zalany krwią, wrzaskiem usiłujący jeszcze zerwać do walki martwych i umierających żołnierzy ze swojego oddziału, i Wolumnia, sama w mundurze, wystylizowana na żołnierza (może zresztą w tej uwspółcześnionej wersji Wolumnia po prostu jest emerytowanym oficerem?), podczas ceremonii dekoracji jej syna - to są dwa obrazy, które z pierwszej części tego filmu najmocniej zapadły mi w pamięć. Wolumnia jest tu chyba kluczem - tak u Plutarcha, jak w sztuce Szekspira i w adaptacji Fiennesa. Dumna, żądna władzy, syna kocha i idealizuje, bo - mam wrażenie - przez niego realizuje siebie; kiedy on jest wodzem, triumfatorem, konsulem, to prawie tak, jakby ona nim była. I, nie oszukujmy się, w tej rodzinie to ona rządzi: wystarczy popatrzeć na to, jak traktuje syna, kiedy ten decyduje się nie schlebiać ludowi, nie złagodzić nastrojów, tylko oddać władzę i iść na wygnanie, czyli postąpić wbrew jej radom. Redgrave gra Wolumnię jako na pozór idealną, siwowłosą matronę z klasą, która co jakiś czas pokazuje żelazną pięść, ukrytą w aksamitnej rękawiczce: jej sposobem na życie w zdominowanym przez mężczyzn i wojnę świecie polityki jest zachowywać się jak mężczyźni, tylko bardziej (ona fetyszyzuje wojnę chyba w jeszcze większym stopniu, niż Koriolan, ekscytuje się jego ranami i wylicza je, z dumą, senatorom) i za pośrednictwem wpływu, jaki na syna wywiera, realizować własne ambicje. Nie znosi sprzeciwu - w końcu, wyklinając trybuna, wydaje rozkazy nawet bogom (I would the gods had nothing else to do but to confirm my curses?). Jej triumfem jest scena podpisania układu, który jest jednocześnie wyrokiem śmierci na jej syna, z czego ona na pewno zdaje sobie sprawę - kiedy to Wolumnia, oficjalnie w mundurze, salutuje i odbiera gratulacje jako ta, która ocaliła ojczyznę. Fiennes w swojej interpretacji postaci Koriolana w tej części filmu pokazuje zresztą wyraźnie, jak ważna jest rola matki w jego życiu. A między nimi, traktowana z pobłażliwością i lekkim zniecierpliwieniem przez teściową, tkwi Wirgilia - ta, która jako jedyna z rodziny na ceremonię dekoracji bohatera nie ubiera munduru, która ranami męża się martwi, a nie szczyci, jedyna, wybaczcie, po ludzku normalna dorosła osoba w tym domu. Stosunek Wolumnii do syna i władzę, jaką ma nad nim, widać też - przede wszystkim - w scenie ich finałowej konfrontacji, kiedy to matka, grając na emocjach syna, zmienia jego decyzję, ratując Rzym, ale jego samego skazując na śmierć. Ona tu rządzi, od początku do końca: i żona, i syn, i towarzysze broni Koriolana to tylko tło i jest oczywiste, że on, który nigdy się jej nie przeciwstawił, nie zrobi tego i teraz.

Ralph Fiennes ma tu na Koriolana świetny pomysł, bo od początku pokazuje, że jego bohater jest niedoskonały. Jego Koriolan jest żołnierzem: jako taki, jest idealny, ale do polityki się nie nadaje - nie przestrzega konwencji (wychodzi, wbrew protestom, z senatu podczas odczytywania swoich zasług), jest fatalnym mówcą (genialnie zagrana scena z Koriolanem nieporadnie i kompletnie bez przekonania powtarzającym ludowi to dla waszych głosów odniosłem te rany), a swoją pychą i pogardą dla wszystkich choć trochę od niego słabszych i mniej heroicznych budzi zrozumiałą niechęć ludu, podsycaną, oczywiście, przez trybunów ludowych (wśród których wyróżnia się znakomity w roli gładkiego, knującego intryganta James Nesbitt). I tak, lud jest podatny na manipulację, a  jego przedstawiciele - mało sympatyczni, tak ich dramaturg napisał - ale Fiennes-reżyser bynajmniej nie mówi nam, że to uzasadnia i usprawiedliwia sposób, w jaki Koriolan o nich myśli i mówi. A Koriolan robi to po trochu dlatego, że go wścieka, że on, bohater, ma się tłumaczyć jakimś tam prostakom (to jego I banish you!, kiedy już nie wytrzymuje ze złości), a po trochu dlatego, że bardzo, bardzo nie umie politykować i nie bardzo jest się w stanie podporządkować regułom gry: on zna głównie wojsko i wojskowe, nie cywilne, nie polityczne sposoby załatwiania spraw; tak go mama wychowała; to samo podkreśla także Meneniusz w centralnej scenie debaty telewizyjnej, kiedy decyduje się sprawa konsulatu i wygnania Koriolana. A kiedy Koriolan mówi "Nie przeproszę", buntuje się zarówno przeciw polityce, której reguł nie akceptuje, jak i przeciw matce i jej zasadom, jej radom. I wtedy, wtedy pozostaje mu tylko zwrócić się do najgorszego wroga.

Aufidiusz Geralda Butlera jest tu terrorystą, wodzem rebeliantów, który strzela jeńcom wojennym w głowę i wysyła nagranie z tą sceną przeciwnikom - dokładnie tak, jak Koriolan jest dowódcą oddziału komandosów. Trudno powiedzieć, czy ofiarowuje Koriolanowi szczerą przyjaźń w miejsce nienawiści, kiedy oddaje mu połowę władzy, ale wydaje się, że jakoś podziwia swojego przeciwnika i że decyduje się na połączenie sił nie tylko z czysto pragmatycznych względów. Tyle że to się zmienia: duma Koriolana i fakt, że decyzja o przejściu na stronę Wolsków była motywowana, tak naprawdę, osobistą urazą i zranioną dumą, w oczywisty sposób oddalają od siebie z powrotem byłych wrogów-sprzymierzeńców. Fiennes-reżyser decyduje się tu na dłuższą sekwencję, w której samego Koriolana nie widzimy na ekranie: jak bóg wojny, jak istota z mitu, bez imienia i tytułów, nieludzkie wcielenie zemsty i gniewu z olśniewającego w tej scenie opisu:

He would not answer to: forbad all names;
He was a kind of nothing, titleless,
Till he had forged himself a name o' the fire
Of burning Rome. (...)
I tell you, he does sit in gold, his eye
Red as 'twould burn Rome; and his injury
The gaoler to his pity.

Kiedy Meneniusz wraca z nieudanego poselstwa do dawnego przyjaciela, mówi przecież niemal to samo:

This Coriolanus is grown from man to dragon: he has wings; he's more than a creeping thing. The tartness of his face sours ripe grapes: when he walks, he moves like an engine, and the ground shrinks before his treading: he is able to pierce a corslet with his eye; talks like a knell, and his hum is a battery. He sits in his state, as a thing made for Alexander. What he bids be done is finished with his bidding. He wants nothing of a god but eternity and a heaven to throne in.

Ten dialog, skądinąd, jest przeniesiony w to miejsce z nieco późniejszej sceny, ale pasuje tu znakomicie. Bardzo duże cięcia, których tu dokonali w tekście interpretatorzy, w tym - usunięcie części postaci i wyraźne skrócenie dialogów, były chyba dobrym pomysłem: podkreślają z jednej strony samotność bohatera, z drugiej, mimo całej thrillerowej stylizacji, kameralność tego, co się dzieje. Tu nie chodzi przecież o politykę, o Wolsków czy o Rzym: wszystko, co się tu dzieje - wojny, intrygi, śmierć i zdrada - dzieje się z powodu urażonej dumy, synowskiego nieposłuszeństwa, zawiedzionej przyjaźni, niespełnionych ambicji. To jest znakomicie sfilmowany film o wojnie, ale historia, tak naprawdę, jest nie tyle o jej mechanizmach, co o ludziach i nie tyle o tym, co wojna robi z ludźmi, co o tym, z jak prywatnych powodów ludzie robią wojnę. I nieprzypadkowo jedyny naprawdę w tym wszystkim sprawiedliwy polityk, Meneniusz, ten, który usiłuje jakoś łagodzić sprawy, w tej wersji popełnia samobójstwo. 

środa, 22 sierpnia 2012

William Shakespeare, Henry IV, part I (The Hollow Crown, ep. 2), reż. Richard Eyre, wyst. Jeremy Irons, Simon Russell Beale, Tom Hiddleston, Julie Walters, Joe Armstrong, Alun Armstrong (i pani, która pięknie śpiewała po walijsku).

 

Źródło: theguardian.co.uk 

Czy ktokolwiek jest zdziwiony, że akurat to jest kolejna pozycja w moim szekspirowskim cyklu? Nie sądzę. Przyznam, że rok na rozpoczęcie czegoś takiego wybrałam szczęśliwie, choć przypadkowo - zastanawiałam się, czy przy kronikach historycznych nie będę musiała zdać się niemal całkowicie na stare spektakle BBC (przy paru tak zrobię, chętnie, ale ileż można) - a tu proszę, taka miła niespodzianka: seria oparta na kronikach historycznych, która była - głównie ze względu na obsadę - hitem telewizyjnym. 

No ale, ad rem (zwłaszcza, że weekend, i to niejeden, minął, a wpisów dawno nie było).  I część Henryka IV to sztuka popularna, i z kronik historycznych stosunkowo często wystawiana (w końcu były trzy adaptacje filmowe sensu stricto plus film Wellesa (z nim jako Falstaffem, nie widziałam, a bardzo żałuję) plus, ofkorz, Moje własne Idaho. Skądinąd, przez moment zastanawiałam się, czy nie załatwić tego kawałka Henryka IV recenzją z filmu van Santa, ale, niestety, w korespondencyjnym pojedynku o bycie obiektem recenzji Neo przegrał z Lokim, a moje lenistwo (i niechęć do odkopywania, gdzie na starej kasecie wideo mam Idaho) okazało się współdziałać z ciekawością (Irons! Hiddleston! Julie Walters!). 

W tej sztuce są, tak na pierwszy rzut oka, trzy kręgi postaci i tematów, spojone, w największym chyba stopniu, postacią księcia Hala. Pierwszy z nich to dwór jego ojca, króla Henryka IV, gdzie w centrum znajduje się usiłujący z jednej strony jakoś utrzymać w całości szarpane rebeliami państwo, a z  drugiej poradzić sobie z rozczarowaniami, jakie wiecznie przynosi mu syn, władca. Drugi - to krąg rebeliantów i buntowników, skupionych wokół postaci drugiego młodego bohatera tej sztuki, Hotspura, od początku kreowanego tak, by być przeciwieństwem, ale i zwierciadłem następcy tronu; to ich pojedynek stanowi kulminacyjną, kluczową scenę dramatu. Trzeci krąg wreszcie to ta grupa postaci, która otacza samego księcia, a której spiritus movens (trochę samozwańczym i ciągle przez swoich "uczniów" wykpiwanym) jest stary opój i hulaka, sir John Falstaff. Jeżeli, skądinąd, ktoś miał cień złudzeń, że Sienkiewicz tworząc postać pana Zagłoby sięgnął do własnej wyobraźni, to spotkanie z sir Falstaffem szybciutko go tych złudzeń pozbawi. 

Jest to o tyle ciekawe, że - summa summarum - to jest sztuka, jak się zdaje, bez głównego bohatera, a raczej z tą rolą rozpisaną na parę postaci. No bo popatrzymy: król Henryk IV jest tytułowym bohaterem; Falstaff - niewątpliwie tym najpopularniejszym i najmocniej w kulturze zakorzenionym, ulubieńcem publiczności; Hotspur - tym, który ma chyba najbardziej efektowną heroiczną, a przy tym tragiczną rolę; wreszcie Hal - najbardziej "perspektywicznym" (aktor, która gra tę postać, ma w kontekście, oczywiście, to, co się z księciem dzieje i w części II, i przede wszystkim w Henryku V) i chyba psychologicznie najciekawszym. Bo przecież historię tu opowiedzianą można, oczywiście, pokazać, skupiając się na bitwach, buntach i rebeliach (mało już dziś dla przeciętnego nie-brytyjskiego widza oczywistych); można też jednak opowiedzieć ją jako historię dorastania księcia Henryka do odpowiedzialności za siebie, za kraj i za ludzi.

I to nie jest tak, że ta historia jest prosta, że zaczyna się od młodego utracjusza, a kończy na odpowiedzialnym przywódcy. Hal już wie, w zasadzie niemal od początku, że czasy szaleństw i pijaństwa w towarzystwie Falstaffa powoli się kończą, że niedługo przyjdzie pora, by ze złotego młodzieńca stać się przyszłym władcą. Tu, w tej wersji, nie jest to historia godzenia się z losem ani opowieść z gatunku proza życia to przyjaźni kat, że zacytuję klasykę nieco mniej szacowną; przynajmniej w świetle części I Hal w interpretacji Toma Hiddlestona wydaje się melancholijnie świadomy faktu, że nie ma wyjścia: że czas i dorastanie, nie konwenanse i oportunizm, sprawią, że będzie musiał zaprzestać szaleństw, oddalić Falstaffa i z Hala stać się Henrykiem, następcą tronu. On się wydaje cały czas świadomy swojego następnego kroku, cały czas przekonany, że wie, co musi zrobić - i że wie, że podoła każdemu wyzwaniu, nawet tak karkołomnemu, jak dorównanie Hotspurowi, ba - pokonanie go. Podobnie zresztą melancholijnie świadomy tego, jakie możliwości drzemią w młodym księciu i jak to się będzie musiało odbić na ich przyjaźni, wydaje się Falstaff, który w interpretacji Simona Russella Beale'a wydaje się człowiekiem wybitnie inteligentnym - i uwięzionym w roli, którą sam sobie narzucił. Kiedy w finale komicznej i świetnie zagranej sceny, w której Hal udaje ojca, Falstaff prosi księcia, by go nie wypędzał, nastrój i muzyka nagle zmieniają się na nostalgicznie smutny: bo obaj, i Hal, i Falstaff, ale też nikt poza nimi, wiedzą, że to wygnanie i to zerwanie są nieuniknione. [EDIT: Jak ktoś chce z.n.a.k.o.m.i.t.ą interpretację tego Falstaffa w paru zdaniach, to polecam wpis na 221B).

Książę Hal będzie musiał, tak naprawdę, stać się Hotspurem, który - w tej interpretacji - jest na pozór chyba najlepszym kandydatem na władcę (z kilku niedoskonałych, jakich tutaj mamy). Dumny, uparty, ale i racjonalny, wykazuje się bezwzględną lojalnością wobec swoich - choć niewiele ma cierpliwości do głupoty i zarozumialstwa. Lepiej od króla Henryka potrafi zjednywać sobie ludzi i dłużej niż on pamięta, komu jest winien przysługę; jego odwaga i umiejętności przywódcze sprawiają, że Henryk IV chętnie widziałby w nim, a nie w szlajającym się z Falstaffem i resztą kompanii Halu, swojego syna i następcę. Oczywiście, sir Henry Percy nie nosi przydomka "Hotspur" przypadkiem: jest porywczy i charakterny, nie potrafi czekać - i to jest chyba jego główna wada, ta, która go w końcu pozbawia i szans za tron, i życia. W sztuce żadna jednak z postaci - na czele z Halem, który go pokonał - nie ma złudzeń, co do jego wielkości; tyle, że - podobnie jak w przypadku króla Henryka IV - jego najgorszym wrogiem jest on sam. Thou hast robbed me of my youth, mówi w swoich niemal ostatnich słowach do swego zabójcy, ale to nieprawda.

Rebelię Hotspura prowokuje sam król Henryk, upierając się przy swoich warunkach i obrażając swoich dawnych sojuszników, krewnych młodego (u Szekspira młodszego, niż w rzeczywistości) wodza; Jeremy Irons znakomicie gra tu człowieka, który przez chwilę pozwala, by osobiste problemy z synem i nielojalnymi poddanymi pozwoliły mu stracić kontrolę nad sobą, i za tę chwilę złości i tyrańskiego uporu płaci ryzykiem dla spójności całego kraju. Swój upadek prowokuje sam Hotspur, upierając się przy stoczeniu bitwy od razu, zanim nadejdą posiłki. Natomiast na wybitnego władcę i przywódcę wyrośnie ten z bohaterów, który w oczach świata najmniej się na niego nadaje, Hal - chociaż przecież akcja zaczyna się od sprytnie przez niego zaplanowanego i nienagannie wykonanego "ataku"... 

To nie jest jedyny paradoks tej sztuki, łączącej patos i komedię, historię i farsę. Podobało mi się, jak w tej wersji Richard Eyre przesuwa akcenty (z historii wojennej na rodzinną), jak z większą chyba niż sam dramaturg sympatią traktuje celtyckich sprzymierzeńców Hotspura (William Szekspir jako prekursor kpin z Walijczyków?) i - to już drobiazg, ale mój ulubiony - jak pokazuje Mistress Quickly: Julie Walters zrobiła z niej bohaterkę nie tyle absurdalnie komiczną, co mającą sporo racji i zupełnie nieźle rozumiejącą, co się wokół niej dzieje. Podobało mi się, jak zdjęciami i wyborem plenerów podkreślał nastrój - jak w scenie bitwy pod Shrewsbury. Podobało mi się zastąpienie monologów przez wewnętrzne rozważania bohaterów i generalnie - pomysł na kroniki historyczne jako kroniki rodzinne. W ogóle mi się podobało. Następna recenzja (z Ryszarda II) się pisze.      

BTW, tu jest wpis Zwierzowy, ale o całości.  

niedziela, 29 kwietnia 2012

Love's Labour's Lost, Stracone zachody miłości [no nic nie poradzę, przyzwyczaiłam się do takiego tytułu i nie lubię wersji Serc starania stracone, choć zachowuje oryginalną aliterację w tytule], reż. Kenneth Branagh, wyst. Kenneth Branagh, Nathan Lane, Adrian Lester, Timothy Spall, Natascha McElhone, Alicia Silverstone, 1999 

aha: czytam teraz Shakespeare'a in English, stąd imiona postaci, miejsca etc. będą w wersji oryginalnej, a nie z polskich przekładów.

 

 

 

Love's Labour's Lost (opublikowane po raz pierwszy w 1598 roku) to dziwna komedia - i jak wiemy z zupełnie innej bajki, mocno kłopotliwa pod więcej niż jednym względem. Kłopotliwa, bo - choć pod wieloma względami bardzo konwencjonalna - pod wieloma jest fabularnie decydowanie nietypowa.   

Po pierwsze - nietypowe ma zakończenie. Kiedy już bohaterowie uznali, że może jednak miłość ważniejsza od złożonych pochopnie obietnic celibatu, umiera ojciec księżniczki i nici z wesela: nie ma klasycznego komediowego finału, nie ma happy endu (a ciąg dalszy,  jak wiemy skądinąd, potargał Doktor). Po drugie - nie ma głównego bohatera! Ani pary bohaterów! Akcja rozgrywa się między kilkoma parami postaci, wśród których książę i księżniczka mogliby zostać uznani za głównych wyłącznie  z racji urzędu; poza tym, każda z par ma w zasadzie tyle samo czasu na scenie. Poza tym - mamy tu i teatr w teatrze, i wplecioną poezję (wiersze pisane przez zakochanych do ukochanych) - niby motywy z twórczości autora znane, ale tu nagromadzone w zdecydowanie dużej ilości. 

No ale - są też rzeczy bardziej typowe, jak na przykład - no, typy. Typy postaci. Te są często wzięte prosto z zasobów komedii, sięgających jeszcze Menandra: don Adriano jest modelowym wręcz żołnierzem-samochwałem, komicznym durniem, udającym herosa, a jego sługa Moth ma w sobie sporo z typowego komicznego pomocnika, bez którego pan nie dałby sobie rady. Typowa dla szekpirowskiej komedii jest też retoryczność: monologii i kwestie bohaterów często przypominają, także w tej sztuce, raczej mini-mowy, które mają piękniei efektownie brzmieć. Ja to akurat lubię, ale rozumiem, że współczesnemu widzowi, którego nie katowano na studiach duzymi ilościami Cyceronów i Demostenesów, może to jakoś przeszkadzać.   

Fabularnie nie dzieje się tu aż tak wiele: książę Nawarry postanawia zająć się nauką i przez trzy lata nie oglądać kobiet i nie rozmawiać z nimi. Ogłasza swoją wolę prawem w swym państwie, a do współprzyrzeczenia zmusza swoich trzech przyjaciół: Longaville'a i Dumane'a, którym się wydaje, że się uda, i Berowne'a, który dość rozsądnie od początku ma wątpliwości - zwłaszcza, że jako jedyny pamięta, że już za chwilę na ważne negocjacje ma przyjechać francuska następczyni tronu, a nią - jej damy dworu... Mamy ergo cztery komicznie skomplikowane historie miłosne z bohaterami, którzy, poza Berownem, mają dość podobne charaktery, i jeszcze żołnierza-samochwała, jego sługę i wiejską pannę, a do tego dwóch komicznych niedouczonych uczonych. Innymi słowy - wypuść to nam moment z ręki, zapomnij, kto jest kto, i galimatias gotowy.     

I teraz: co z tym robi Kenneth Branagh? Ano, jak to Branagh, przepisuje, zmieniając jednak głównie dekoracje, a nie ducha sztuki. Tym razem przepisuje - moim zdaniem dość udanie, z czym jednak większość krytyków się nie zgadza - jedną formularną komedię na drugą, zretoryzowaną poczwórną historię miłosną na konwencjonalną komedię muzyczno-romantyczną a la złote lata Hollywood. To jest bardzo ciekawy, moim zdaniem, pomysł, i bardzo konsekwentnie realizowany: od scenografii i kostiumów przez dobór kluczowej w tej konkretnej adaptacji muzyki, aż po liternictwo i formę czołówki filmu, wszystko nawiązuje do czasów, kiedy w hollywoodzkich komediach grywali Gene Kelly, Fred Astaire i Ginger Rogers. Passusy poetyckie i sonety reżyser zastąpił piosenkami - a wybrał te najbardziej efektowne z piosenek z epoki, w tym utwory Cole'a Portera, Irvinga Berlina i Jerome'a Kerna. Aktorzy tańczą raczej z entuzjazmem i wdziękiem niż baletową biegłością - ale o to chyba reżyserowi chodziło.

 



 

Świetnie też w tym kontekście lat 30 ogrywa Branagh obecne w Straconych zachodach miłości stale sugestie zagrożenia i tematy o dramatycznym charakterze, które podsumowuje finałowa scena sztuki. Tutaj, w oczywisty sposób, reżyser zastępuje je pokazywanymi, też w manierze dawnego kina, stronami z gazet, informującymi, obok doniesień o postępach króla w nauce, o szykującym się konflikcie, o Niemcach, o Hitlerze...   

Czego zdecydowanie brakuje w tym filmie - uroczym, wdzięcznym, bardzo miłym w odbiorze, relaksującym - to wyróżniające się role. Sam Branagh oczywiście gra tę najciekawszą, Berowne'a - ale mało kto poza nim wychodzi poza bycie pooprawnym. Te role są porządku (minus słabiutka Alicia Silverstone jako Księżniczka, ale nie wiem, skąd Branaghowi z jego ręką do aktorów w ogóle przyszło do głowy ją obsadzić), ale nie porywają.

Najkrócej rzecz ujmując: tak, to jest chyba najsłabsza z Branaghowych adaptacji szekspirowskich komedii (wrócimy do tematu przy As You Like It) - ale daj Boże każdemu taką słabość!


PS. Tak, ja też żałuję, że nie widziałam spektaku RSC z Davidem Tennantem jako Berownem.

Pokrótce mówiąc: będzie nowa snobska kategoria.


fuckyeahbookarts.tumblr.com

 

Mam jakieś trzy-cztery inne blogi, wyzwanie blogowe, zaczętą książkę, zaczęte dwie powieści, habilitację, sześć artykułów i generalnie jakieś tam życie do prowadzenia. Ergo, wymyśliłam nowy i bardzo snobski plan.

Zrecenzować całego Szekspira. W ciągu roku.

Tak, wiem. Swego czasu przeczytałam wszystkie sztuki Szekspira (+ sonety i Wenus i Adonisa, reszty nie zmogłam), i zamierzam to powtórzyć tu i teraz. Tyle że recenzować wolałabym adaptacje, inscenizacje i przeróbki - zawsze w kontekście oryginalnego materiału, ale jednak to na przetworzeniach i wizjach innych niż ta stricte autorska się skupiając. Nie będzie tak regularnie, jak z wierszami, ale mam nadzieję, że za to intensywnie.

Dziewczyny z Fangirls' zrobiły sobie szekspirowski miesiąc - ja mogę rok. A co mi tam. Mam nadzieję, że reszta życia nie ucierpi, a przynajmniej - nie za bardzo.